Sernik z polewą kajmakową i orzeszkami ziemnymi - przepis

Sernik z polewą kajmakową i orzeszkami ziemnymi - przepis

Ze wszystkich ciast najbardziej lubię serniki. Zawsze bałam się je piec i kupowałam je w cukierniach. Od roku zaczęłam próbować piec je sama i teraz stało się to moją codziennością. Dziś chcę podzielić się z Wami przepisem na niesamowicie puszysty sernik z kajmakiem i orzechami ziemnymi inaczej zwany sernik krówka.

Jak możecie się domyślić serniki uwielbiam w każdej postaci - od tradycyjnych do tych z różnymi dodatkami. Lubię nieoczywiste połączenie słodkiego ze słonym. Dlatego więc, kiedy ostatnio upiekłam zwykły sernik, postanowiłam tym razem trochę go odmienić. Standardowo, do tego sernika robię polewę czekoladową, jednak w domu miałam puszkę kajmaku i musiałam go wykorzystać. Tak powstało te przepyszne ciasto :)

Składniki:

Na masę serową:

1 kg sera w wiaderku 
6 jajek
szklanka cukru pudru
250 g masła śmietankowego
150 ml śmietanki Łaciatej 30%
1 opakowanie cukru wanilinowego
2 łyżki mąki ziemniaczanej
2 łyżki mąki pszennej

Na kruche ciasto:

2 szklanki mąki
200 g masła lub margaryny
1 jajko
2 łyżki cukru pudru
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Na polewę:

mała puszka masy kajmakowej
100 g orzeszków ziemnych z solą


Przygotowanie:

Wszystkie składniki wyciągam z lodówki na około godzinę przed przygotowaniem ciasta. 

Sernik zaczynam od przygotowania kruchego ciasta. Masło rozpuszczam w garnuszku, czekam aż ostygnie. Następnie dodaję do niego 2 szklanki przesianej mąki, 2 łyżki cukru pudru, szczyptę soli, jajko i łyżkę proszku do pieczenia. Ugniatam jednolite ciasto i wykładam je na spód blachy wyłożonej papierem do pieczenia. Wstawiam do nagrzanego piekarnika góra dół na 180 stopni na około 10-15 minut. Po tym czasie wyjmuję je i studzę.

Następnie zaczynam robić masę serową. Masło ucieram razem z cukrem pudrem na puszystą masę. Stopniowo dodaję do niej po jednym żółtku, które oddzieliłam od 6 jajek i miksuję mikserem na średnich obrotach. Pod koniec dodaję też cukier waniliowy i nadal miksuję.  Teraz czas na dodanie sera z wiaderka. Dodaję go stopniowo, po łyżce i miksuję na średnich obrotach. Kiedy dodam już cały ser, wlewam do masy śmietankę Łaciatą oraz mąkę ziemniaczaną i pszenną. 

W oddzielnym naczyniu ubijam białka z jajek z odrobiną soli na sztywną pianę. Dodaję ją stopniowo do masy serowej i mieszam delikatnie drewnianą łyżką. Tak powstałą masę wykładam na upieczony wcześniej kruchy spód i wyrównuję łyżką. Wstawiam do nagrzanego piekarnika (góra dół) na 170 stopni i piekę 60 minut. Po tym czasie piekarnik wyłączam, uchylam drzwiczki i studzę ciasto. Kiedy jest już prawie zimne, wyjmuję je z piekarnika i studzę do końca. 

Teraz czas na zdobienie - puszkę kajmaku trzymam przez 5 minut w garnku z gorącą wodą. Dzięki temu zrobi się bardziej płynny i łatwiej będzie go rozprowadzić po cieście. Przekładam do miseczki i mieszam rózgą. Wykładam na upieczone ciasto. Na koniec posypuję całość solonymi orzeszkami ziemnymi. Ciasto przechowuję w lodówce.


Sernik z polewą kajmakową i orzeszkami ziemnymi - przepis

Sernik z polewą kajmakową i orzeszkami ziemnymi - przepis



Smacznego!

Tak zrobione ciasto jest lekkie i puszyste, a smak to dosłownie "niebo w gębie". Połączenie słodkiego ze słonym jest nieoczywiste, ale przepyszne i polecam każdemu na wypróbowanie tego przepisu.

Liane Moriarty "Miłość i inne obsesje" - przedpremierowa recenzja

Współpraca barterowa / prezent


Liane Moriarty "Miłość i inne obsesje" - recenzja książki

Książka Liane Moriarty "Miłość i inne obsesje" urzekła mnie swoim opisem. Postanowiłam się skusić i ją zamówić. Czy książka okazała się tak dobra jak jej opis? O tym dowiecie się czytając moją recenzję.


Zakochanie jest stanem bliskim szaleństwa. Zwłaszcza gdy miłość zostaje odrzucona.

Ellen nie wie, co powiedzieć, gdy podczas jednej z pierwszych randek jej nowy chłopak Patrick wyznaje z zakłopotaniem: „Ktoś mnie nęka”. Poprzednia dziewczyna prześladuje go i wciąż jest obecna w jego życiu, choć od rozstania minęło kilka lat. Wie, kiedy Patrick wychodzi do pracy i jaką ma na sobie koszulę. Zna terminy jego wizyt u dentysty. Wie, co przygotował synowi do szkoły na drugie śniadanie. Wie też, dokąd zabrał Ellen na randkę i gdzie planują spędzić noc.

Jednak prześladowczyni, zamiast przerażać Ellen, dziwnie ją intryguje. Ellen jak zafascynowana zbiera o niej informacje, próbuje zrozumieć jej motywy. Jako hipnotyzerka potrafi w końcu przenikać ludzkie umysły, a ta historia nie daje jej spokoju. Nie zna przecież przeszłości Patricka, czy może zatem być go pewna?
Do czego zdolny jest człowiek, któremu zabrano jego życie?

Liane Moriarty, autorka takich bestsellerów jak "Wielkie kłamstewka" czy "Dziewięcioro nieznajomych", to mistrzyni budowania suspensu. W jej powieściach nic nie jest oczywiste i nikt nie jest bez winy. Ale też każdy zasługuje na odkupienie.


Liane Moriarty "Miłość i inne obsesje" - recenzja

Jak wspomniałam na wstępie, książka skusiła mnie swoim opisem. Z doświadczenia wiem, co znaczy mieć osobistego stalkera. Wiem jakie traumatyczne przeżycia mogą się z tym wiązać, jaki czuje się strach i bezsilność, kiedy jesteś prześladowany. Stwierdziłam, że historia wciągnie mnie mocno i nie będę mogła się od niej oderwać, bo przecież mam podobne przeżycia i będę rozumiała bohatera. Czy tak się stało?

W tej książce mamy dwie bohaterki - Ellen, która jest hipnotyzerką i dziewczyną Patricka, oraz Saskię, która została nieszczęśliwie przez niego porzucona. Przyznam szczerze, że mimo, iż to waśnie Saskia jest tu czarnym charakterem, to do niej zapałałam większą sympatią. 

Patrick jest geodetą, a dodatkowo przystojnym ojcem, który samotnie wychowuje syna. I to właśnie on w tej książce jest ofiarą stalkingu - ponieważ Saskia, jego była dziewczyna, prześladuje go. Zna każdy szczegół z jego rozkładu dnia. Wie o której kończy pracę, co je na obiad jego syn czy w które miejsce Patrick uda się na randkę z Ellen. 

Całą historię możemy poznać z dwóch perspektyw. Jedną z nich jest pogląd Ellen, która jest bardziej zaintrygowana postacią byłej dziewczyny swojego partnera, aniżeli wystraszona. Z drugiej strony możemy poznać historię Saskii, która tak naprawdę nie zdaje sobie sprawy z tego, że jej zachowanie jest złe, ponieważ kobieta ma tak naprawdę dobre intencje. 

Czytając opis tej książki spodziewałam się, że w tej historii znajdę trochę dreszczyku emocji, może kryminału czy thrillera. Jednak okazało się to zwykłą obyczajówką z przerażająco długimi opisami. Autorka ma talent do zanudzania swoich czytelników - dosłownie. Z każdą kartką sprawiała, że nie miałam ochoty ich przewracać dalej, a nawet zdarzało się, że pomijałam kilka czy kilkanaście zdań. Jednym słowem - umęczyła mnie. Moje początkowe zaciekawienie książką prysnęło jak bańka mydlana, ponieważ wszystko było wręcz naciągane. Gdzie jest mistrzostwo w pisaniu tej autorki o którym czytałam w sieci? Nie mam pojęcia. Myślę, że tę opowieść można by było zmieścić w książce, która ma 250 stron, a nie ponad 500, bo nie było tu nic nadzwyczajnego ani wciągającego. Mogłabym porównać ją do serialu "Moda na sukces", który oglądała moja babcia. Nie opuściła żadnego odcinka, dopóki nie wyjechała na dwa miesiące do Nowego Jorku. Kiedy wróciła, była zaskoczona, że nadal wie o co chodzi i nie zgubiła wątku. Jestem pewna, że tutaj - pomijając 100 stron z pewnością było by tak samo. Kiedy skończyłam ją czytać ucieszyłam się, że to już koniec i jestem pewna, że więcej po twórczość tej autorki nie sięgnę. To nie dla mnie.

Ta opowieść swoją premierę będzie miała 3 czerwca, a ja miałam "przyjemność" zrecenzować ją Wam przedpremierowo. Dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova za tą możliwość.

Meghan March "Szczęście diabła" - recenzja

Współpraca barterowa / prezent



Meghan March "Szczęście diabła" - recenzja

Książki autorstwa Meghan March są tymi, po które bardzo lubię sięgać. Jej książki z pewnością przeznaczone są dla czytelniczek, które lubią opisy śmiałych scen erotycznych i wulgarny język.

"Szczęście diabła", to drugi tom trylogii The Forge Thrilogy i kontynuacja książki "Pakt z diabłem"  o której już Wam pisałam. Jeśli nie pamiętacie - polecam zerknąć na moją recenzję i zdecydować czy są to książki, które się Wam spodobają. Moja przygoda z erotykami zaczęła się kilka lat temu za sprawą naszej rodzimej autorki, której książki do dziś pojawiają się na moim blogu i bardzo polubiłam się z takim klimatem. Twórczość Meghan March poznałam już dawno - za sprawą serii Mount, którą również Wam bardzo polecam, a w związku z tym, że jej twórczość mnie do siebie przekonuje, to zawsze czekam na kolejne premiery.


Meghan March "Szczęście diabła" - recenzja



Indię nazywano Królową Midas. Była olśniewająco piękną, niezrównaną pokerzystką o żelaznych nerwach i ostrym charakterze. Dążyła do celu z bezwzględną determinacją. Osiągnęła dużo — wszystko dzięki swojej pracy i zaangażowaniu. Gdyby spisać nazwiska mężczyzn, którzy, pozostając w zachwycie, ponieśli porażkę w starciu z Indią, byłaby to imponująco długa lista. Tym razem jednak trafiła na równego sobie, zarówno w grze, jak i w bezwzględności, a przy tym nieskończenie władczego, bogatego i pozbawionego skrupułów.

Jericho Forge wtargnął w życie Indii jak tornado. Zapragnął jej na własność, jak nowej zabawki. I dostał ją. Ona oddała mu wolność za coś, co było dla niej nieskończenie cenne. Nie potrafiła jednak po prostu go znienawidzić. Uczucia, jakie Jericho obudził w Indii, były czymś o wiele silniejszym, bardziej przerażającym i beznadziejnym niż zwykłe pożądanie.

Oto dalsza część pasjonującej historii dwojga ludzi, z których żadne nie zniesie oporu. Połączyło ich uczucie silniejsze od instynktu przetrwania, dzieliła determinacja, duma i odwaga. Jednak nie tylko okrucieństwo i pożądanie zadecydowały o tym, kim stali się dla siebie India i Forge. Za obojgiem ciągną się mroczne historie. On znał swoją przeszłość, która stała się źródłem jego diabelskiej siły. Ona nie miała tego szczęścia. Teraz skupiła się na jednym celu: przetrwać tę grę o najwyższą stawkę i nie dać się złamać. Ale złamane serce może okazać się stosunkowo niewielką ceną za dawne grzechy...

Nie możesz nie pokochać diabła. On jednak złamie ci serce...

Meghan March "Szczęście diabła" - recenzja

Poprzedni tom skończył się w takim momencie, że nie miałam pojęcia jak potoczą się dalsze losy bohaterów. Meghan March potrafi trzymać w napięciu swoich czytelników i zaskoczyć niesamowitym zwrotem akcji. Ta część zaczyna się od razu od kontynuacji wydarzeń i trzyma w napięciu. 

India dowiaduje się wielu informacji na temat swojego męża od Bastiena. Jest zaskoczona i nie do końca wie czy wierzyć w te rewelacje, a zdrowy rozsądek płata jej figle. Jest zmieszana, nie wie komu ma ufać i w głowie zaczynają rysować się przeróżne scenariusze. Mimo, że wie iż jej małżeństwo nie było zawarte z miłości, a z przymusu - w głębi duszy chce wierzyć, że Jericho jest dobrym człowiekiem i chce dać mu szanse. Okazuje się, że mąż nie powiedział jej całej prawdy i jest tym faktem wzburzona. Czy niedopowiedzenie jest takim samym przewinieniem jak kłamstwo? Czy jej małżeństwo nic nie znaczy dla mężczyzny? Czy uczucia, które zrodziły się między tym dwojgiem w pierwszym tomie okażą się fikcją? 

Kobieta w tej części trylogii dowiaduje się wielu rzeczy, które spowodowały taki, a nie inny bieg wydarzeń w jej życiu. Porwanie jej siostry Summer, ślub z Jericho - wszystko miało drugie dno. Dlaczego ją to spotkało? Co spowodowało, że jej życie wywróciło się do góry nogami? Czy India zdaje sobie sprawę z tego kim naprawdę jest?

Jeśli mam być szczera, to autorka w tej części popisała się swoją wyobraźnią. Zupełnie nie spodziewałam się tego co spowodowało ten bieg wydarzeń. Zaskoczył mnie fakt ukrywanych powodów zawarcia małżeństwa oraz pochodzenie naszej głównej bohaterki. Wszystko jest tak pokręcone, że z każdą kartką nasza ciekawość wzrasta i chce natychmiast poznać wszystkie tajemnice. Jednak nie da się - mimo, że wydarzenia toczą się dość szybko, to ukryte powody powoli wyglądają na światło dzienne. Taki zabieg mi się podoba, bo sprawia, że na maksa jestem wkręcona w historię i nie potrafię się od niej oderwać.

Meghan March "Szczęście diabła" - recenzja

Jest to drugi tom, więc jak możecie się domyślić nie poznamy w nim zakończenia historii tych dwojga. Jest ona jednak tak pogmatwana i wyboista, że z pewnością nie będziecie się nudzić. Poznacie tu wiele sekretów - zarówno Jericha jak i Indii czy jej siostry Summer. Żeby tego było mało, znajdziecie się również na turnieju pokerowym - emocji jest naprawdę sporo. Kiedy w pewnym momencie wydawało się, że wszystko się jakoś ułoży i w głowie wyobrażałam sobie dobre zakończenie, pojawiła się bomba, która rozwaliła system. Zakończenie jest zupełnie nieoczywiste i zaskakujące. Wiedząc, że to dopiero drugi tom opowieści mogłam spodziewać się czegoś co mnie zaskoczy, ale tutaj autorka przeszła samą siebie.

Jak potoczą się losy Indii i Jericha? Czy uda im się uporać z ciągłymi problemami? Czy India pokona swoje demony przeszłości i spojrzy im głęboko w oczy? Czy Jericho żywi jakieś uczucia do swojej żony? 

O tym dowiecie się czytając tę historię, a jej zakończenie jest dla mnie nie znane. Mam nadzieję, że kolejny - ostatni tom pojawi się na rynku jak najszybciej, bo ta opowieść wciągnęła mnie na maksa. Chciałabym przy okazji podziękować wydawnictwu EditioRed za możliwość zrecenzowania tej książki.


Tagliatelle z owocami morza - przepis

Tagliatelle z owocami morza - przepis

Dania z makaronem należą do moich ulubionych. W duchu zawsze się śmieję, że chyba jestem włoszką, bo nie wyobrażam sobie tygodnia bez zjedzenia przynajmniej jednej porcji makaronu. Dziś chcę podzielić się z Wami przepisem na przepyszny makaron z owocami morza.

Mówiąc szczerze, to nigdy nie jadłam owoców morza w restauracji - żeby wiedzieć jak powinny być przyrządzone i jak smakują. W sklepach, zawsze omijałam morskie mieszanki, bo bałam się, że nie poradzę sobie z ich zrobieniem. Wczoraj jednak coś mnie podkusiło i postanowiłam spróbować - obiecując sobie, że jeśli danie mi nie wyjdzie - już nigdy więcej się po nie nie skuszę. Po zrobieniu byłam tak z siebie zadowolona, że czuję wewnętrzną potrzebę podzielenia się z Wami moim przepisem.

Składniki:

Makaron Tagliatelle
Mieszanka owoców morza mrożona
2 ząbki czosnku
2 łyżki masła śmietankowego
natka pietruszki (u mnie suszona)
150 ml śmietanki 30% np. Łaciata
sól
pieprz
chilli

Przyrządzenie:

Wszystko zaczynam od ugotowania makaronu, bo to on gotuje się najdłużej - około 7 minut - w zależności od marki. Makaron gotujemy w osolonej wodzie z odrobiną oliwy. Należy pamiętać, że makaron musi być ugotowany al dente, czyli musi być trochę twardy w środku. Kiedy jest już gotowy odlewamy go i odkładamy na bok. 

Na patelni rozpuszczamy dwie łyżki masła. Następnie wrzucamy na nią mieszankę morską (na dwie osoby daję pół opakowania) i smażymy około 3-5 minut. Należy pamiętać, że przeciągnięte owoce morza zrobią się gumowate i twarde, a tego nie chcemy. Po tym czasie dodajemy wyciśnięte przez praskę dwa ząbki czosnku i chwilę podsmażamy. Teraz czas na wlanie śmietanki. Kiedy zaczyna się gotować dodajemy sól, pieprz, odrobinę chilli i natkę pietruszki. Sos trochę się zredukuje i zgęstnieje. Po około dwóch minutach na patelnię wrzucamy ugotowany wcześniej makaron i wszystko razem dokładnie mieszamy. 

Danie gotowe! Smacznego!


Tagliatelle z owocami morza - przepis

Tagliatelle z owocami morza - przepis

Tagliatelle z owocami morza - przepis

Jak wspomniałam wyżej danie z owocami morza jadłam i przyrządzałam po raz pierwszy. Uważam, że wyszło znakomicie i z pewnością będzie się ono pojawiło w mojej kuchni częściej. Smak jest specyficzny dlatego nie musi każdemu pasować jednak tak to jest chyba z owocami morza.

Mam nadzieję, że ktoś z Was skorzysta z tego przepisu i podzieli się ze mną swoją opinią na jego temat.

Tutaj znajdziecie inne przepisy na makaron tagliatelle. 

Żel budujący z wapniem + lakiery hybrydowe z kolekcji Rainbow Stardoro - cuccio.pl

Współpraca barterowa / prezent

We wpisie pojawia się link sponsorowany 


Żel budujący z wapniem + lakiery hybrydowe z kolekcji Stardoro - cuccio.pl

W dzisiejszych czasach bardzo dużo kobiet robi sobie manicure samodzielnie w domowym zaciszu. Od pewnego czasu należę do tego grona i powoli uczę się robić coraz to ładniejsze paznokcie. Całkiem niedawno w moim domu zawitały nowości marki Cuccio o których chcę Wam dziś opowiedzieć.

Przez dłuższy okres nie malowałam paznokci metodą hybrydową ani nie przedłużałam ich żelem, co wcześniej mi się zdarzało. Miałam około półroczną przerwę i jakiś czas temu zachciało mi się wrócić do kolorowych paznokci. Jako że dawno nie stosowałam typowych żeli do paznokci, postanowiłam skusić się na taki, którego jeszcze nie stosowałam - żel budujący z wapniem w butelce z pędzelkiem.

Żel gęsty budujący, wzbogacony wapniem. Jednofazowy - samopoziomujący. Formuła LED/UV. Łatwy sposób aplikacji - nakłada się jak hybrydę przy pomocy pędzelka. Trwałość , odporność i elastyczność żelu twardego. Szybkie i proste zdejmowanie acetonem!
żel budujący z wapniem w butelce z pędzelkiem cuccio


Zalety żelu:

- butelka z pędzelkiem
- formuła LED/ UV
- samopoziomujący, nie zalewa skórek
- pozwala wzmocnić /zregenerować, zbudować lub przedłużyć paznokcie
- wielozadaniowy, kompatybilny ze wszystkimi produktami Cuccio
- czas usługi 40 min. - komplet / 25 min. - uzupełnienia
- łatwe usuwanie przy pomocy acetonu
- żel, który zdejmujemy jak hybrydę!
- Pojemność 13 ml

To właśnie ten opis sprawił, że postanowiłam wypróbować ten żel. Po tak długiej przerwie od stylizacji mogłam wyjść z wprawy w przedłużaniu i budowaniu płytki - dlatego to rozwiązanie wydało mi się jak najbardziej dopasowane do moich potrzeb. Ten żel postanowiłam wypróbować na dwa sposoby - w tym wpisie opowiem Wam o pierwszym z nich - czyli utwardzeniu naturalnej płytki paznokcia. O przedłużaniu opowiem Wam w oddzielnym wpisie, który podlinkuję również tutaj kiedy będzie gotowy. 

Cóż mogę Wam o nim napisać na dzień dzisiejszy? Otóż żel zamknięty jest w 13 ml butelce - to spora ilość produktu i mam nadzieję, że starczy mi na długi czas. Sam produkt jest przezroczysty o konsystencji gęstszej bazy hybrydowej. Nie jest lejący, ale też nie tak gęsty jak typowy żel budujący. Taka konsystencja jest moim zdaniem idealna dla osób początkujących w temacie przedłużania paznokci. Warto wspomnieć o tym, że nie ma przykrego zapachu - często mnie to drażni podczas aplikacji. Pędzelek jest wygodny i dobrze się nim dociera aż pod same skórki, więc nałożenie żelu jest dziecinnie proste. Utwardza się dobrze i w cudowny sposób wzmacnia i utwardza płytkę paznokcia. 

Warto wspomnieć o tym, że często bazy i żele uczulają mnie - nawet te które mają miano hipoalergicznych. W przypadku żeli budującego z wapniem Cuccio - nie ma takiego nieprzyjemnego efektu. Żel noszę na paznokciach już drugi tydzień i nic złego się nie dzieje. Celowo wspominam o tym ile czasu już go noszę - na moich paznokciach tego typu stylizacje do tej pory trzymały się maksymalnie 10-14 dni. Dzisiaj mam dzień 14 i nie zapowiada się, aby coś miało przypadkowo odpaść. 

Jestem bardzo zadowolona z tego żelu i chętnie wrócę do Was z dodatkową opinią na jego temat, kiedy przedłużę nim swoje paznokcie.

Żel budujący z wapniem + lakiery hybrydowe z kolekcji Stardoro - cuccio.pl

Wraz z żelem do mojego domu trafiły trzy lakiery hybrydowe z nowej kolekcji Rainbow Stardoro. Jak sama nazwa na to wskazuje, w tej serii znajdziecie lakiery w kolorach typowo letnich, rzucających się w oczy i kojarzących z ciepłymi dniami.

Perfekcyjna Hybryda IV generacji – super trwała

- 3WEEKS - wytrzymałość ponad 21 dni
- 3PIGMENTATION - potrójna pigmentacja 1 warstwa hybryda daje pełne krycie
- 3FREE Formuła - nie zawiera szkodliwych substancji: formaldehydu, toluenu i DBP
- DUPONT - idealny pędzelek z włókna DuPont umożliwia aplikację produktu pod same skórki
- pojemność 6 ml to 20 zadowolonych klientek
- średnio-gęsta konsystencja, nie spływa podczas aplikacji
- łatwa aplikacja

Skusiłam się na trzy kolory: 1732 w kolorze cukierkowego różu, 1735 purpurowo różowy kolor oraz 1736 w kolorze intensywnej fuksji. Każdy z nich zapowiadał się obiecująco i miałam nadzieję, że kolory, które widzę na stronie okażą się równie intensywne w rzeczywistości - czy tak się stało?

Żel budujący z wapniem + lakiery hybrydowe z kolekcji Rainbow Stardoro - cuccio.pl

Żel budujący z wapniem + lakiery hybrydowe z kolekcji Rainbow Stardoro - cuccio.pl


Lakiery mają średnio gęstą konsystencję czyli taką, jaką lubię najbardziej. Jako amatorka nie przepadam za lejącymi się lakierami, bo bardzo utrudnia mi to pracę i zalewa skórki. W moim domowym salonie brakuje mi frezarki, więc moje paznokcie przygotowuję jedynie pilnikiem i nie zawsze uda mi się wszystko perfekcyjnie przygotować. Podczas aplikacji tymi lakierami nie zauważyłam żadnych trudności, dobrze współpracują z żelem o którym napisałam wyżej i dobrze się utwardzają. 

Odcień 1735 ma słabszą pigmentację i jedna warstwa niestety nie wystarczy, aby uzyskać pełne krycie. Aby je uzyskać musiałam nałożyć trzy warstwy. Zauważyłam też, że ten lakier trochę "ucieka" pod lampą i musiałam każdy paznokieć od razu po pomalowaniu wkładać pod lampę. W przeciwnym wypadku wyglądał źle. Pozostałe dwa kolory mają mocną pigmentację i przy dwóch cienkich warstwach wyglądają fenomenalnie!

Żel budujący z wapniem + lakiery hybrydowe z kolekcji Rainbow Stardoro - cuccio.pl

Żel budujący z wapniem + lakiery hybrydowe z kolekcji Rainbow Stardoro - cuccio.pl

Żel budujący z wapniem + lakiery hybrydowe z kolekcji Rainbow Stardoro - cuccio.pl

Lakiery są całkiem fajne i myślę, że zamówię sobie też inne kolory i pobawię się nimi trochę czasu. Z pewnością po dłuższym stosowaniu napiszę Wam o nich więcej, bo na razie noszę je na paznokciach wspomniane już wyżej dwa tygodnie. Na razie nic nie odprysnęło, nic się nie odkleiło i nie podeszło powietrzem z czego jestem zadowolona. 

Poniżej przedstawiam Wam dwa zdjęcia moich paznokci pomalowanych tymi lakierami - na jednym paznokciu mam matowy top (mój pierwszy raz) a na reszcie taki, który daje im niesamowity błysk. Nie zwracajcie uwagi na zalaną skórkę - była odepchnięta maksymalnie, ale i tak nie udało mi się jej całkowicie uratować ;) Następnym razem będzie lepiej :)

Żel budujący z wapniem + lakiery hybrydowe z kolekcji Rainbow Stardoro - cuccio.pl

Żel budujący z wapniem + lakiery hybrydowe z kolekcji Rainbow Stardoro - cuccio.pl

Podsumowując mój wpis chcę powiedzieć Wam, że jestem bardzo zadowolona ze stosowania żelu budującego z wapniem - dawno nie nosiłam tak długo jednej stylizacji i nie mogę się doczekać, aż użyję go do przedłużania mojej płytki i pokazania Wam efektów mojej pracy.

Lakiery też są fajne - warto zwrócić uwagę na ich niesamowitą paletę barw oraz fakt, że nie posiadają w składzie formaldehydu, toluenu i DBP które są najczęstszą przyczyną uczuleń. Jako alergik mogę je Wam polecić :) 

Znacie lakiery marki Cuccio? Jak podoba się Wam kolekcja lakierów Rainbow Stardoro?

Instagram