Chcesz dostawać powiadomienia o nowych postach?

I LOVE COSMETICS - Signature - Vanilla Milk - żel pod prysznic i krem do rąk

I LOVE COSMETICS - Vanilla Milk - żel pod prysznic i krem do rąk


Od pewnego czasu w sieci przewijają mi się przed oczami kosmetyki marki I LOVE COSMETICS. Zjawisko to było tak częste, że musiałam wypróbować je osobiście. Dziś wracam do Was z moimi odczuciami po ich testach.

W moje rączki trafił zestaw żel do kąpieli i krem do rąk o zapachu wanilii. Jak wiecie nie należę do fanek zapachu wanilii więc obawiałam się, że nie będę do końca zadowolona. Kiedy tylko produkty pojawiły się w moim domu, pospiesznie otworzyłam pudełeczko, które niestety mi się przerwało (stąd brak jego zdjęć) i wzięłam się za wąchanie. Okazało się, że zapach jest bardzo przyjemny co ogromnie mnie ucieszyło. Do tej pory kosmetyki z wanilią w moim odczuciu były mdłe i za słodkie - tu aromat jest wyważony i bardzo delikatny i kobiecy.

Kilka słów od producenta:

Obudź swoje zmysły za pomocą wybuchu pięknego zapachu z MIŁOŚCI. Wszystkie produkty zawierają naturalne ekstrakty owocowe i sprawiają, że Twoje ciało czuje się oczyszczone, nawilżone i jedwabiście gładkie. Każdy zestaw zawiera pięknie perfumowany płyn do mycia ciała (360 ml) i super miękki krem ​​do rąk i paznokci (100 ml). Zaprojektowany do codziennego użytku. Produkty I LOVE Signature nie zawierają parabenów, silikonów, mikrokuleczek ani składników pochodzenia zwierzęcego i są przyjazne dla wegan. Dostępne w następujących zapachach; bzu,  waniliowe, fioletowe , maliny, egzotyczne owoce i angielska róża. Zapachy w naszych produktach są wyłącznie dla I LOVE Signature.


I LOVE COSMETICS - Signature - Vanilla Milk - żel pod prysznic i krem do rąk


Niechętnie testuję kremy do rąk, bo jak wiecie nie przepadam za nimi i jestem strasznie na bakier z pielęgnacją dłoni. Manicure robię sobie regularnie, ale kremować dłoni nie znoszę i robię to na prawdę bardzo rzadko. Od pewnego czasu obiecuję sobie, że to zmienię, ale do tej pory skutek był marny. Do stosowania tego kremu namówił mnie mąż, który uwielbia zapach wanilii i ... trzymać mnie za rękę, która do tej pory w dotyku nie była dość przyjemna. Codziennie zmywam, piorę, sprzątam, bawię się z dziećmi i robię masę rzeczy - nie chroniąc dłoni rękawiczkami. Możecie sobie więc wyobrazić w jakim były stanie. Nie trzeba było specjalnie nimi o coś zaczepić, żeby pojawiały się białe nieestetyczne ślady na suchej i zniszczonej skórze. Wróćmy do sedna - mąż nauczył mnie stosować kremu o którym chcę Wam właśnie napisać. Jak? Sam mi o nim przypominał i pomagał wklepać go w dłonie ;)

Krem do rąk I Love Signature Vanilla Milk mieści się w przepięknym opakowaniu. Ogólnie szata graficzna tej marki mnie kupiła i to ona sprawiła, że zdecydowałam się wypróbować ich kosmetyki. Tubka zamykana na klik - prosta i wygodna forma w produktach do rąk - takie lubię najbardziej.


Krem do rąk I Love Signature Vanilla Milk

Konsystencja kremu średnio-gęsta, jednak lekka - nie zostawia tłustej warstwy na skórze. Film jakiś tam oczywiście jest, ale nie jest niczym uciążliwym dla mnie - osoby, która jest strasznie niecierpliwa i nie znosi czekać na całkowite wchłonięcie kosmetyków i bierze się do pracy zaraz po posmarowaniu kremem dłoni. Dzięki mojej drugiej połówce udaje mi się używać go codziennie - ba! Nawet kilkukrotnie. Powiem Wam szczerze, że zaczęłam zauważać różnicę już po kilku dniach. Suchość powoli zanika - nie oczekuję efektu WOW od razu - wiadomo, że tak zaniedbane dłonie potrzebują trochę czasu na regenerację, ale widzę, że krem na prawdę działa i nawilża je. Jak wpływa na paznokcie - tego nie wiem, bo ciągle robię sobie hybrydę - ale skórki wokół nich są z pewnością bardziej elastyczne jak wcześniej. Wydajność określam na umiarkowaną - nie jest jakiś super hiper wydajny, ale też nie trzeba go wiele - myślę, że w większości kremów do rąk wspomniana wydajność jest podobna - wszystko zależy od użytkowniczki. Zapach na skórze utrzymuje się jakiś czas - myślę, że tak do godziny - co jest u mnie na plus. 

Drugi produkt, to żel do kąpieli I LOVE Signature Vanilla Milk. Szata graficzna identyczna jak w przypadku kremu do rąk. Uwielbiam fakt, że butelka jest przejrzysta, dzięki czemu mogę kontrolować zawartość. Kolor pastelowy żółty, konsystencja dość rzadka jak na żel, jednak kosmetyk jest wydajny.


żel do kąpieli I LOVE Signature Vanilla Milk

Zapach obłędny - podobnie jak w przypadku kremu do rąk. Żel pieni się dość dobrze mimo, że brakuje w nim chemii dzięki której żele mocno się pienią. Ten nie zrobi piany jak chmurka, ale mnie taka ilość satysfakcjonuje. Kosmetyk dobrze oczyszcza skórę, pozostawiając ją miękką i fajnie nawilżoną, dzięki czemu nie muszę po kąpieli sięgać po balsam (którego nie znoszę :P). 

Podsumowując moją pierwszą przygodę z kosmetykami tej marki jestem zadowolona i wcale nie dziwię się, że w sieci (szczególnie na instagramie) widziałam ich tak wiele. Wyglądają pięknie, dzięki czemu są fotogeniczne, spisują się doskonale i są przystępne cenowo. Możecie zamówić je w Boutiqe Cosmetics. W sklepie tym znajdziecie też inne ciekawe produkty i marki, które warto poznać. 

Mieliście już okazję poznać kosmetyki I LOVE Signature? Jak się u Was spisały?

Nowości kosmetyczne od MAKEUP REVOLUTION

Nowości kosmetyczne od MAKEUP REVOLUTION

Jeśli czytasz mojego bloga, to wiesz, że uwielbiam kolorówkę marki Makeup Revolution. Dawno nie wracałam do Was z ich nowościami, ale obiecuję, że to w najbliższym czasie się zmieni. Dziś przychodzę do Was z wpisem, w którym pokażę moje ostatnie nowości tej marki.

Palety cieni, korektory, rozświetlacze, pudry i primer - to najnowsze kosmetyki marki Makeup Revolution, które pojawiły się w moim domu. Przyjechały stosunkowo niedawno, ale miałam już okazję je trochę poznać i mogę dziś powiedzieć Wam o nich co nie co. Mam już nawet swoje ulubione, ale o nich wrócę do Was z oddzielnymi postami. Nie będę Was zanudzać swoimi przemyśleniami, bo wiem, że skoro tu jesteś to chcesz zobaczyć jak prezentują się nowości z bliska, tak więc zaczynajmy :)

MAKEUP REVOLUTION VINTAGE LACE HIGHLIGHTER PALETTE PALETA ROZŚWIETLACZY


MAKEUP REVOLUTION VINTAGE LACE HIGHLIGHTER PALETTE PALETA ROZŚWIETLACZY




Rozświetlacze posiadają bardzo dobrą pigmentację, tworzą efekt tafli na policzkach. Paleta zawiera 4 rozświetlacze o różnej tonacji i kolorystyce. Wyjątkowe tłoczenia pozwalają uzyskać efekt 3D również na skórze.
Praca z nimi jest bezproblemowa - rozświetlacze bardzo dobrze łączą się z innymi produktami na skórze. Nanieś kosmetyk na: szczyty kości policzkowych, łuk kupidyna, grzbiet nosa, aby uzyskać efekt rozświetlonej, zdrowej skóry.
Ta paleta to zdecydowanie mój ulubieniec. Ma przepiękne tłoczenie w kształcie koronki przez co szkoda mi było zacząć ją używać. Kolory jakie znajdują się w palecie są niesamowite. Opal, bladożółte złoto, różowe złoto i brąz. Każdy z nich jest fantastyczny i daje inny efekt na skórze. Mienią się na tysiące kolorów m.in. róż czy zieleń. Na zdjęciach nie udało mi się do końca złapać tego blasku, ale mam nadzieję, że chociaż trochę to widać.

MAKEUP REVOLUTION VINTAGE LACE HIGHLIGHTER PALETTE PALETA ROZŚWIETLACZY

MAKEUP REVOLUTION VINTAGE LACE HIGHLIGHTER PALETTE PALETA ROZŚWIETLACZY

Z pewnością wrócę do Was z dokładną recenzją i zdjęciami na których będzie efekt rozświetlenia na skórze twarzy.
Skoro jesteśmy przy rozświetlaniu, to od razu pokażę Wam cztery palety do konturowania o nazwie Makeup Revolution Cheek Kit. Dostępna jest w czterech wariantach kolorystycznych.
paleta do konturowania Makeup Revolution Cheek Kit

Paleta zawiera 4 mozaikowe produkty do konturowania twarzy.  Odcienie w palecie sprawdzą się w przypadku każdego typu urody. 
Bronzero-róże wykorzystywane mogą być do ocieplania twarzy, konturowania oraz zaznaczania policzków.  Z łatwością wtapiają się w skórę, charakteryzują się trwałością i przyjemną formułą.
Dostępne w odcieniach: Don't hold back, Fresh Perspective, Take a Breather, Make it Count.
Jakiś czas temu miałam podobne palety tej marki jednak w większym wydaniu - było w nich chyba po 12 krążków - jeśli dobrze pamiętam. Świetnie się spisywały w przypadku moim jak i mojej siostry - do której powędrowały. 

Makeup Revolution Matte Base Concealer Kit - paleta korektorów. Korektorów nigdy za wiele, dlatego też ucieszyłam się z ich obecności w tej paczce. Paletki są cztery, a każda z nich kryje w sobie 3 korektory i puder do twarzy. 

Makeup Revolution Matte Base Concealer Kit - paleta korektorów.

Jak widzicie po oznaczeniach - palety mieszczą w sobie odcienie od najjaśniejszych, do tych bardzo ciemnych, które w naszym kraju raczej sprawdzą się jako bronzery i kosmetyki do konturowania twarzy na mokro. Posiadają kremową konsystencję i z łatwością wtapiają się w skórę.
Kolejna paletka z korektorami - Makeup Revolution Matte Base Corrector Kit. Paleta zawiera 4 kremowe korektory do twarzy. Każdy odcień odpowiada poszczególnym problemom skórnym - neutralizują zasinienia, zaczerwienienia lub zmiany pigmentacyjne skóry. Posiadają kremową konsystencję i z łatwością wtapiają się w skórę. Charakteryzują się trwałością i przyjemną formułą.

paletka z korektorami - Makeup Revolution Matte Base Corrector Kit

Tego typu paletki mi brakowało. Mam gdzieś pojedyncze kolorowe korektory, ale jak są potrzebne, to nigdy nie mam ich pod ręką. Teraz mając je wszystkie zamknięte w palecie - będę mogła bez problemu ich używać. Bardzo się z niej ucieszyłam.
Teraz przejdźmy do pudrów. Tym razem w paczce znalazłam Pudry do twarzy Makeup Revolution Matte Base Powder. W paczce znalazłam pięć różnych odcieni.

Pudry do twarzy Makeup Revolution Matte Base Powder

Pudrowa baza pod makijaż to innowacyjny produkt marki Makeup Revolution. Kosmetyk sprawdzi się w szczególności w przypadku posiadania cery tłustej oraz mieszanej. Baza absorbuje nadmiar sebum, tworzy warstwę ochronną.
Matte Base Powder bez wysiłku wtapia się w skórę, dając matowy efekt przez cały dzień. Może być stosowany również w sposób tradycyjny - jako puder utrwalający i wykończeniowy.
W moim posiadaniu znalazły się odcienie P2, P3, P4, P6, oraz P8. Cieszę się, że znalazł się kolor, który idealnie wpasował się w odcień mojej skóry. Z nim również wrócę do Was w oddzielnym wpisie.
Kolejny produkt, to baza pod makijaż Makeup Revolution Star Primer.  
baza pod makijaż Makeup Revolution Star Primer

Star Primer to zupełnie nowa generacja bazy pod makijaż. Baza w swoim składzie zawiera unikalny ekstrakt z anyżu o silnych właściwościach przeciwzapalnych. Produkt widocznie neutralizuje zaczerwienienia skóry i nawilża cerę.
Stanowi idealny kosmetyk przed nałożeniem ulubionego podkładu. Doskonale przygotowuje cerę na makijaż. Skóra staje się ukojona i nawilżona.
Tą bazę zdążyłam już przetestować na sobie kilka razy. Postanowiłam również napisać o niej oddzielny post, dlatego też teraz nie chcę wypowiadać się na jej temat. Mam nadzieję, że z ciekawości zajrzycie do mnie za jakiś czas, żeby dowiedzieć się o niej czegoś więcej :)
Na sam koniec zostawiłam sobie to co najlepsze :) Oczywiście mowa o paletach cieni do powiek. Makeup Revolution Reloded powiększyło swoje grono o kolejne, przepięknie skomponowane palety cieni. Do mnie trafiły cztery z nich:
Makeup Revolution Reloded Smoky Neutrals
Makeup Revolution Reloded Smoky Neutrals

Makeup Revolution Reloaded Hypnotic
Makeup Revolution Reloaded Hypnotic

Makeup Revolution Reloaded Red Alert
Makeup Revolution Reloaded Red Alert

Makeup Revolution FOIL FRENZY
Makeup Revolution FOIL FRENZY

Jak widzicie paletki cieni są w przeróżnych kolorach. Najbardziej spodobała mi się ta ostatnia z cieniami foliowymi, oraz ta o nazwie Red Alert. Ostatnio trochę eksperymentuję z makijażem, więc myślę, że z recenzjami tych palet do Was wrócę za jakiś czas :)
To wszystko co znalazłam w paczce z nowościami, jestem zachwycona i zaciekawiona tymi produktami. Jak tylko wyrobię sobie o nich zdanie to na blogu pojawią się recenzje. Jeśli coś szczególnie Was zainteresowało i chcecie w szybkim czasie poznać bliżej któryś z tych produktów - piszcie w komentarzach - z pewnością wezmę je pod uwagę przy pisaniu kolejnych wpisów.
Jak podobają się Wam nowości marki Makeup Revolution? Coś szczególnie wpadło Wam w oko?

FLO baby - hipoalergiczne środki czystości dla dzieci

FLO baby - hipoalergiczne środki czystości dla dzieci


Mam dwoje dzieci więc jak możecie się domyślić - prania w domu mam całkiem sporo. Dłuższy okres używałam hipoalergiczny proszek do prania, który poleciły mi położne jeszcze w szpitalu, jednak po pewnym czasie zaczął on uczulać moją córkę. Kiedy zobaczyłam, że  marka FLO ma w swojej ofercie produkty hipoalergiczne, postanowiłam je sprawdzić.

Flo Baby to linia hipoalergicznych produktów, które mogą być stosowane już od pierwszych dni życia dziecka. Płyn do prania bielizny niemowlęcej delikatnie, ale skutecznie usuwa nawet najtrudniejsze plamy, a jednocześnie jest łagodny dla skóry dziecka. Koncentrat do płukania sprawia, że tkaniny stają się miękkie i delikatne w dotyku. Płyn do mycia akcesoriów dziecięcych dzięki innowacyjnej formule myjącej skutecznie usuwa wszelkie zabrudzenia po mleku, sokach, kaszkach i deserach. Produkty nie zawierają barwników, fosforanów ani parabenów. Przebadane dermatologicznie.

Skoro zaczęłam od prania, to swój post rozpocznę od płynu do prania FLO Baby.

płyn do prania flo baby

Flo Baby hipoalergiczny płyn do prania bielizny niemowlęcej i ubranek dziecięcych może być stosowany już od pierwszych dni życia Twojego dziecka. Dzięki innowacyjnej formule piorącej skutecznie usuwa nawet najtrudniejsze plamy, a jednocześnie jest delikatny i bezpieczny dla skóry niemowląt i dzieci. Łatwo się wypłukuje nie powodując podrażnień. Nie zawiera enzymów, fosforanów, barwników i wybielaczy optycznych. Jest też polecany do prania odzieży dzieci o skórze wrażliwej i skłonnej do alergii. Flo Baby to uniwersalny płyn przeznaczony do prania ubrań białych i kolorowych. Pozostawia subtelny, świeży zapach.

Płyn sprawdza się u nas doskonale. Mimo, że moja córka nie brudzi już ubrań np. zupą marchewkową, to wierzcie mi, że moja prawie trzylatka potrafi narobić niezłego bałaganu. Uwielbia malować i często wyciera rączki prosto o bluzkę. W taki sposób załatwiła sobie już kilka ubranek. Od kiedy w naszym domu jest płyn FLO Baby, to plamy nam nie straszne - jeśli ubranko ze świeżą plamą trochę pomoczę w tym płynie, a później wrzucę do pralki, to po plamie nie ma śladu. Tkaniny po praniu w nim są miękkie w dotyku i subtelnie pachną. Zapach określiłabym na taki lekki - bawełniany. Co najlepsze - płyn w sieci możecie znaleźć już za 6,99 zł - rewelacja!

FLO Baby płyn do płukaniato hipoalergiczny produkt przeznaczony do płukania bielizny i ubranek dziecięcych i niemowlęcych. Dzieci – zwłaszcza noworodki i niemowlęta mają niezwykle wrażliwą skórę, podatną na wszelkie podrażnienia i reakcje alergiczne. By uniknąć nieprzyjemnych konsekwencji stosowania zbyt silnego środka dla ich delikatnej skóry używaj przeznaczonych specjalnie do tego celów produktów. 

FLO Baby płyn do płukania

Płyn do płukania ubranek Flo ma hipoalergiczną formułę, która nie podrażnia delikatnej skóry dziecka i minimalizuje ryzyko wystąpienia uczulenia. Specjalnie skomponowany skład NIE ZAWIERA barwników. Dzięki temu sprawdzi się również w przypadku gdy Twoje dziecko posiada wrażliwą skórę i ma skłonność do alergii. Pozostawia na ubrankach bardzo delikatny zapach świeżości. Ubranka wyprane z dodatkiem płynu do płukania Flo Baby pozostają miękkie i przyjemne w dotyku. 

Ten płyn do płukania zrobił na mnie dobre wrażenie. Poprzedni, którego używałam sprawiał, że pranie nieco sztywniało. Wydaje mi się, że być może problem polegał na tym, że trudno go było wypłukać do końca w efekcie czego ubranka robiły się sztywne. W przypadku tego płynu nic takiego nie ma miejsca - ciuszki są miękkie, pachnące i łatwo się prasują. Z pewnością zostanie z nami na dłużej, tym bardziej, że cena również jest niska - w sieci kosztuje około 8,50 zł za butelkę o pojemności 1 litra. 

Ostatni produkt, to płyn do mycia akcesoriów FLO Baby.

płyn do mycia akcesoriów FLO Baby

Płyn do mycia smoczków, butelek i naczyń Flo Baby 500 ml - jest hipoalergicznym, uniwersalnym płynem przeznaczonym do mycia wszelkich akcesoriów dla Twojego dziecka: smoczków, butelek, talerzyków, łyżeczek i zmywalnych zabawek. Dzięki innowacyjnej formule myjącej, skutecznie usuwa wszelkie zabrudzenia oraz pozostałości po mleku, sokach, kaszkach i deserach. Łatwo się spłukuje, nie pozostawia osadów. Jest delikatny i bezpieczny dla skóry dłoni. Produkt nie zawiera barwników, fosforanów ani kompozycji zapachowych. Posiada neutralne pH.

Jak wiecie, moja córka uwielbia pić z butelek - mleko pije już tylko na noc, a w ciągu dnia korzysta z kubka niekapka ze słomką. Do tej pory myłam je płynem do mycia naczyń, którego używam do wszystkich naczyń, jednak musiałam wszystko płukać po dwa razy. Ten płyn jest dość rzadki, jednak pieni się umiarkowanie dobrze. Bez problemu domywa butelkę po mleku, kaszy czy talerze bo skończonym obiedzie. Zapachu nie posiada, więc czuję, że jest bezpieczniejszy dla mojej córki.

Skoro jesteśmy przy temacie dzieci, to muszę Wam powiedzieć, że nadal walczę ze sprawą o której wspominałam jakiś czas temu. Chodzi o konflikt pomiędzy moim synem, a drugim chłopcem. Kuba stał się ofiarą, na początku były to wyzwiska i naśmiewanie się, jednak od pewnego czasu są to już nawet rękoczyny. Postanowiłam wynająć kogoś takiego jak adwokat rodzinny i sprawę zgłosić dalej. Niestety szkoła w której uczy się mój syn umywa ręce, albo zupełnie nie radzi sobie w takich sytuacjach. Pomimo wielokrotnych próśb nic się nie dzieje, a problem jak był - tak jest. Mam nadzieję, że uda mi się w końcu wszystko pozytywnie zakończyć, a mój syn będzie mógł spokojnie chodzić do szkoły. 

FLO baby - hipoalergiczne środki czystości dla dzieci

Produkty marki FLO zawsze doskonale się u nas sprawdzają. Mają uroczą szatę graficzną, która przyciąga spojrzenie, są niedrogie i zauważyłam, że robią się coraz popularniejsze. Na razie widziałam je tylko w jednym sklepie w moim mieście, ale liczę na to, że zmieni się to w najbliższym czasie.

Znacie produkty marki FLO Baby? Korzystacie z chemii domowej specjalnej dla dzieci?

Sukienkowa wishlista ze sklepu Dresslily

sukienki na lato


Jak wiecie uwielbiam sukienki. Mam ich sporo, ale ciągle mi mało więc za każdym razem kiedy zamawiam coś online, w koszyku pojawia się też sukienka. W Dresslily jest ogromny ich wybór więc postanowiłam pokazać Wam kilka ciekawych modeli.

Wiosna przyszła do nas pełną parą, od kilku dni pogoda iście letnia więc takie stroje będą idealne na teraz. Zbliża się też dzień matki więc to również doskonała okazja, aby zamówić jakiś fajny ciuch dla swojej mamy. 

Na zdjęciu głównym widzicie trzy sukienki. Szaro-różowa w kwiaty jest bardzo uniwersalna. Pasować będzie zarówno na spacer, randkę czy wyjście z przyjaciółmi. Podoba mi się, że ma krótki rękaw - bo osobiście nie lubię sukienek na ramiączkach. 
Kolejna z nich, to żółta sukienka w białe grochy. Ten model jest bardzo charakterystyczny i od razu kojarzy się z pin-up girl. Uwielbiam ten styl z lat 50-tych i mam nawet w swojej szafie kilka podobnych fasonów. Kolor żółty w tym roku jest niezwykle modny, więc sukienka jak znalazł na teraz! Ostatnia z trzech pozycji, które widzicie na zdjęciu powyżej to letnia sukienka w słoneczniki. Uwielbiam motyw kwiatowy, a słoneczniki kojarzą mi się z upalnym i pięknym latem. Taki wzór koniecznie musi znaleźć się w mojej szafie, dlatego też wrzuciłam ją do koszyka.

sukienki na lato

Biała sukienka z motywem piór. Od dawna lubuję się w tym motywie i wszystko co z nim związane przyciąga moje spojrzenie. Tak jest również z tą sukienką. Biel połączona z niebieskimi piórami wygląda zachwycająco i idealnie nada się na spacer, plażę czy grilla ze znajomymi. Ostatnia, to marynarska sukienka. Nazwałam ją tak, bo od razu mi się z tym skojarzyła. Bordowy dół ładnie odcięty w pasie, góra biała z paseczkami - ślicznie się kontrastuje i prezentuje, optycznie wyszczuplając użytkowniczkę. Dla mnie w sam raz ;)

Oprócz tego, musiałam zerknąć w biżuterię i wpadły mi w oko dwie rzeczy ;) Pierwsza z nich to kolczyki ananasy. Wiem, że jest to zwykły metal i szybko stracą swój urok, ale zamówiłam je specjalnie do zdjęć na bloga.

kolczyki ananasy
Druga i ostatnia rzecz - naszyjnik celebrytka. Uwielbiam tego typu biżuterię i mogę ją zamawiać non stop. Tak więc domyślacie się co z nią zrobiłam? :D

naszyjnik celebrytka


A na koniec mam dla Was niespodziankę w postaci kuponu zniżkowego do sklepu Dresslily. Wykorzystując go otrzymacie 20% zniżki na całe swoje zamówienie. Wystarczy w odpowiednie okienko wpisać kod: DLGO20
(działa to mniej więcej tak: $30-$6,$50-$10, $80-$16, $100-$20, $150-$30, $200-$40, $300-$60).

Mam nadzieję, że komuś z Was się przyda ;) Jak podoba się Wam moja wishlista?

Radosław Rutkowki "Remedium' - recenzja

Radosław Rutkowki "Remedium' - recenzja


Całe życie lubiłam czytać kryminały. W zeszłym roku trochę od nich odeszłam i zaczęłam czytać bardziej kobiece i romantyczne książki. Całkiem niedawno postanowiłam, że co jakiś czas będę do Was wracała z recenzją książek innego gatunku. Dziś przyszedł czas na "Remedium" Radosława Rutkowskiego.

Na początku książki poznajemy Paulinę Gaworską - studentkę, która mieszka w Łodzi w wynajmowanym mieszkaniu wspólnie z koleżanką - Kariną. Paulina wraca z imprezy ze znajomymi w środku nocy, bierze torby i spieszy się na busa do rodzinnego domu. Przed wyjściem jej uwagę przykuwa dziwnie świecące się światło w pokoju koleżanki. Dziewczyna chce wejść i powiedzieć znajomej że wyjeżdża, jednak trzymając za klamkę pokoju współlokatorki rezygnuje z tego pomysłu, sądząc że u Kariny może być jej chłopak. Dziewczyna nie chcąc zastać ich w jednoznacznej i niezręcznej sytuacji wychodzi z mieszkania.

W kolejnym dziale poznajemy policjanta - Przemka Sadowskiego, który zostaje ściągnięty z Krakowa do Łodzi do zbadania sprawy. Na miejscu okazuje się, że w mieszkaniu dziewczyn o których napisałam wyżej znaleziono ciało jednej z nich. Karina została zamordowana z niezwykłą precyzją, a dodatkowo w niesamowitych cierpieniach. Sprawca działał z chirurgiczną precyzją, przebijając poszczególne narządy i doprowadzając do wykrwawienia się dziewczyny. Na ścianie natomiast pozostawił szkarłatny napis: „Żyłaby, gdybyś otworzyła te drzwi”. Jak się okazało później - słowa te były skierowane do Pauliny.

W dalszej części książki pojawiają się przeróżne sytuacje, morderca jest nieuchwytny i pojawiają się kolejne ofiary. Nie są one jednak przypadkowe - każda z nich ma połączenie z Pauliną. Morderca dzwoni do dziewczyny z telefonu zamordowanej Kariny i mówi jej, że osoby które giną - są mordowane przez nią, bo jak twierdzi mężczyzna - Paulina ma w sobie zbyt dużo jadu i myśli tylko o sobie. Przykład? Na dworcu zaczepił ją bezdomny, prosząc o parę groszy. Dziewczyna odmawia mu i odchodzi, a tego samego dnia śledczy znajdują jego ciało. Obok niego również znaleziono napis krwią - skierowany do naszej bohaterki.

Zabójca chce coś zmienić, sprawić, by ogarniająca nas wszystkich znieczulica przestała trawić społeczeństwo. Proponuje więc brutalną terapię, szukając remedium dla zobojętniałych serc. Tylko czy na pewno wybrał właściwą pacjentkę?

Podejrzenia padają na syna właścicielki mieszkania, która jest alkoholiczką, a on sam ma kryminalną przeszłość. Podobnie jak morderca - mężczyzny nie można znaleźć. Po zamordowaniu Kariny - znika bez śladu. Właścicielka mieszkania nie chce współpracować z policją i dopytuje, kiedy będzie mogła ponownie wynająć mieszkanie. Śledczy próbują łączyć tę sprawę z innymi, które do tej pory prowadzili i w ten sposób docierają nawet do jednego osadzonego mężczyzny, który przed laty zamordował kogoś i obok ofiary również znaleziono napis z krwi.

W książce wszystko jest bardzo dokładnie opisane. Czytając ją miałam wrażenie, jakbym była obok miejsca zbrodni. Autor potrafi na prawdę dobrze wszystko opisać, że moja fantazja zmalowała w głowie bardzo drastyczne obrazy. Lubię takie kryminały, ponieważ takie historie są niezwykle prawdziwe i nie przerysowane. Jest to pierwsza książka Radosława Rutkowskiego, którą mam w rękach i zastanawiam się, czy powstanie kontynuacja tej historii. Koszmar Pauliny niby się kończy, jednak wszystko zatrzymało się w takim miejscu, że sytuacja może się zmienić. 

Podsumowując moje pierwsze spotkanie z tym autorem - mogę śmiało powiedzieć, że jestem usatysfakcjonowana i chętnie sięgnę po jego inne historie. Autor potrafi budować napięcie, ma niezwykłą wyobraźnię, a wszystko co opisuje wydaje się nadzwyczaj realistyczne.

Skoro jesteśmy już w temacie kryminalnym, to chciałabym jeszcze omówić z Wami bardzo ważną kwestię. Jak wiecie, mój mąż jest zawodowym kierowcą. Ostatnio postanowiliśmy zainwestować w przedmiot, który moim zdaniem, każdy zawodowy kierowca powinien posiadać, a mianowicie alkomat policyjny. Pewnie zastanawiacie się po co nam takie urządzenie. Nie wiem czy wiecie, ale te popularne i dość tanie alkomaty, które są sprzedawane w sieci potrafią oszukać wynik - w naszej rodzinie był już taki przypadek. Mój kuzyn miał osiemnastkę syna - jak możecie się domyślić impreza była zakrapiana. Następnego ranka "z bomby" został ściągnięty w zastępstwie za innego kierowcę - musiał wsiąść za kółko. Dmuchał w swój alkomat - żeby sprawdzić czy może w ogóle jechać i urządzenie pokazało mu, że tak. Kiedy zatrzymała go policja - okazało się zupełnie inaczej. Na szczęście było to tylko wykroczenie - i dostał najmniejszą możliwą karę, ale niestety musiał zmienić pracę. Do czego dążę? Gdyby zainwestował trochę więcej pieniędzy - miał by pewność, że wynik będzie w 100% prawidłowy i bez obaw mógłby jeździć samochodem. Niestety uważał, że 200 zł wystarczy i... stracił prawo jazdy na 6 miesięcy. Problem niestety na tym się nie kończy, bo po odbyciu kary Urząd Miasta wysyła teraz takich ludzi na  dodatkowe kursy w ośrodku szkolenia kierowców na temat alkoholu, badania psychologiczne, badania w wojewódzkiej przychodni medycyny pracy, a do tego najadł się stresu więcej niż możecie się spodziewać. Czasem warto zainwestować większe kwoty w urządzenia, które mają specjalne atesty i zaoszczędzić sobie wydatków i stresu w przyszłości.

IT'S SKIN Hyaluronic Acid Moisture - emulsja i krem do twarzy z małocząsteczkowym kwasem hialuronowym

IT'S SKIN Hyaluronic Acid Moisture - emulsja i krem do twarzy z małocząsteczkowym kwasem hialuronowym

W związku z tym, że już przekroczyłam pewną granicę wiekową, często decyduję się na kosmetyki do pielęgnacji twarzy, które zawierają kwas hialuronowy. Działa on zbawiennie na moją skórę i widocznie ją regeneruje i odżywia. Całkiem niedawno skusiłam się na pielęgnację marki IT'S SKIN i linię Hyaluronic Acid Moisure.

Kiedyś już Wam wspominałam, że zawsze po zimie mam problem ze skórą twarzy. Wiele miejsc na niej strasznie się przesusza, a nawet potrafi łuszczyć - to straszny problem, przez który nie mogę wykonać nawet przyzwoicie wyglądającego makijażu. Odstające skórki mimo peelingów i szorowania specjalnymi szczoteczkami pojawiają się szczególnie w okolicy skroni i nosa i nie wygląda to dobrze. Kiedy w sklepie beautikon.com zobaczyłam kosmetyki o których mowa stwierdziłam, że muszę je wypróbować. Poniżej możecie poczytać o nich - zarówno zapewnienia producenta, jak i moje spostrzeżenia po ich stosowaniu.

Jako pierwszą chcę Wam opisać It's Skin Hyaluronic Acis Moisture Emulsion, czyli emulsję nawilżającą do twarzy z małocząsteczkowym kwasem hialuronowym.

It's Skin Hyaluronic Acis Moisture Emulsion, czyli emulsję nawilżającą do twarzy z małocząsteczkowym kwasem hialuronowym

Emulsja bardzo dobrze nawilża skórę, likwidując uczucie ściągnięcia oraz wywołanego nim dyskomfortu. Wykorzystany w formule kosmetyku małocząsteczkowy kwas hialuronowy skutecznie przenika w głąb skóry, gdzie wiąże ze sobą cząsteczki wody i zapewnia tym samym długotrwałe rezerwy wilgoci. Dodatkowa zawartość bogatych w witaminę C i polifenole ekstraktów z portulaki pospolitej oraz borówki amerykańskiej sprawia, że emulsja znakomicie rewitalizuje skórę oraz zabezpiecza ją przed wolnymi rodnikami. Przy regularnym stosowaniu skóra jest dogłębnie nawilżona i miękka, jak również pełna młodzieńczej witalności i promienieje naturalnym blaskiem.

Emulsja posiada bardzo lekką konsystencję, dzięki czemu nie obciąża skóry. W zależności od potrzeb może być stosowana samodzielnie lub w duecie z kremem. 

Przede wszystkim urzekła mnie szata graficzna tych kosmetyków. Szklane, piaskowane buteleczki wyglądają niezwykle elegancko i z klasą. Uwielbiam takie proste rozwiązania i to właśnie one sprawiają, że coś przyciąga moje spojrzenie. W środku znajduje się emulsja w postaci lekko galaretkowatego płynu w kolorze białym, który jest trochę przezroczysty. Zapach ma genialny - niezwykle świeży i lekko kwiatowy - idealnie wpadł w moje gusta zapachowe. Sprawia, że z większą przyjemnością stosuję ten produkt. Wydajność oceniam na dobrą, wchłania się szybko i pozostawia skórę nawilżoną i gotową do dalszego kroku pielęgnacji jakim jest nakładanie kremu.

W związku z tym, że producent poleca używanie emusji w duecie z kremem, tak więc musiał się on znaleźć w mojej kosmetyczce. IT'S SKIN Hyaluronic Acid Moisture Cream czyli krem do twarzy z małocząsteczkowym kwasem hialuronowym.

 IT'S SKIN Hyaluronic Acid Moisture Cream czyli krem do twarzy z małocząsteczkowym kwasem hialuronowym

Krem, podobnie jak emulsja, zamknięty jest w szklanym opakowaniu - w tym przypadku jest to słoiczek, który cieszy oko równie mocno. Wewnątrz znajduje się krem o żelowatej i lekko galaretkowatej konsystencji, którą wręcz pokochałam. Jest niesamowicie lekka, wspaniale rozprowadza się po skórze - wręcz sunie po niej, natychmiastowo ją nawilżając. 


IT'S SKIN Hyaluronic Acid Moisture Cream czyli krem do twarzy z małocząsteczkowym kwasem hialuronowym

Wchłania się błyskawicznie, a efekt jaki po sobie pozostawia jest bajeczny. Skóra jest jakby po liftingu - świetnie nawilżona, sprężysta, ładnie napięta (bez efektu ciągnięcia się skóry). Miejsca przesuszone zaczęły znikać już po kilku dniach stosowania. Mam cerę mieszaną i bałam się, że tak silne nawilżenie spowoduje uaktywnienie się wydzielania sebum w strefie T - nic takiego jednak nie miało miejsca. Mam nawet wrażenie, że wydziela się go znacznie mniej jak wcześniej. Od momentu kiedy zaczęłam używać kosmetyków tej marki, wszystkie inne poszły w odstawkę, a ja jestem mega zadowolona.

Marka IT'S SKIN oczarowała mnie swoimi produktami i chętnie sięgam po kolejne. Niebawem na moim blogu pojawi się recenzja kremu koloryzującego oraz maseczek do twarzy w płachcie, które miałam okazję wypróbować. Jeśli interesują Was kosmetyki tej marki, polecam zerknąć do sklepu beautikon.com oraz mojego poprzedniego wpisu o piance do mycia twarzy tej marki.

Znacie już kosmetyki IT'S SKIN? Jakich produktów używacie w codziennej pielęgnacji? Sięgacie po te z kwasem hialuronowym?

CATZY HEALING - szampony przeciwłupieżowe do włosów

CATZY HEALING - szampony przeciwłupieżowe do włosów

Temat łupieżu niestety powraca do mnie co chwilę. Próbowałam już na prawdę dużo szamponów na tę przypadłość i nic tak na prawdę nie dało mi ukojenia na dłuższy czas. Czy szampony CATZY Healing pomogły mi zwalczyć łupież na dobre?

Szampony są dwa - wersja czerwona, czyli szampon przeciwłupieżowy do każdego rodzaju włosów, oraz zielona - ziołowy szampon przeciwłupieżowy do mycia włosów przetłuszczających się z łupieżem. Postanowiłam wypróbować obie wersje, mimo, że moje włosy są raczej suche i nie mają skłonności do przetłuszczania. Stwierdziłam, że będę miała większą szansę na pozbycie się mojego sypiącego się problemu. Zanim opowiem Wam o moich odczuciach na ich temat, chcę przedstawić zapewnienia producenta:

HEALING Szampon Przeciwłupieżowy– w trosce o zdrowe i piękne włosy bez łupieżu

Szampon Healing przeznaczony jest do stosowania w przypadku łupieżu do każdego rodzaju włosów. Aktywną substancją czynną jest pirytionian cynku w stężeniu 1%, który ma działanie przeciwbakteryjne i przeciwgrzybicze, hamuje rozwój szkodliwych patogenów. Szampon Healing starannie oczyszcza skórę głowy i eliminuje łupież. Jest delikatny. Działa kojąco na skórę głowy. Posiada właściwości przeciwłupieżowe oraz pielęgnacyjne. Dodaje włosom blasku, miękkości i puszystości. Szampon przeznaczony jest do codziennej pielęgnacji, aż do uzyskania efektu kuracji. Ma przyjemny migdałowy zapach.

HEALING Szampon Przeciwłupieżowy– w trosce o zdrowe i piękne włosy bez łupieżu

HEALING ZIOŁOWY SZAMPON PRZECIWŁUPIEŻOWY – w trosce o zdrowe i piękne włosy bez łupieżu

Ziołowy szampon przeciwłupieżowy Healing  to szampon przeznaczony do mycia włosów przetłuszczających się z łupieżem. Działa przeciwbakteryjnie, wzmacniająco i oczyszczająco. Hamuje nadmierne wydzielanie sebum. Posiada właściwości oczyszczające, eliminuje łupież. Zmniejsza świąd i działa łagodząco na owłosioną skórę głowy. Nadaje włosom miękkość i blask. Aktywną substancją czynną jest pirytionian cynku w stężeniu 1%, który ma działanie przeciwbakteryjne i przeciwgrzybicze, hamuje rozwój szkodliwych patogenów. Receptura szamponu wzbogacona jest w ekstrakty ziołowe z rozmarynu, brzozy, pokrzywy i rumianku, które zmniejszają przetłuszczanie się włosów. Szampon przeznaczony jest do codziennej pielęgnacji, aż do   uzyskania efektu kuracji. Ma przyjemny migdałowy zapach.

HEALING ZIOŁOWY SZAMPON PRZECIWŁUPIEŻOWY – w trosce o zdrowe i piękne włosy bez łupieżu

Swoją recenzję zacznę jak zawsze od zwrócenia uwagi na opakowanie. W przypadku tych szamponów, moim zdaniem nie wyróżniają się niczym szczególnym i nie wiem czy zwróciła bym na nie uwagę na półce w aptece. Buteleczki zamykane są na klik, jednak z łatwością można otworzyć je np. jedną ręką pod prysznicem. Oba szampony mają podobny kolor i konsystencję - są zielonkawe i dość gęste, jednak bardzo wydajne, bo po połączeniu z wodą fajnie się pienią. Zapach bardzo przypadł mi do gustu - nie czuję tu nic migdałowego, jak zapewnia producent - bardziej aromat kojarzy mi się z kremem Nivea lub podobnym. To bardzo uprzyjemnia proces mycia głowy. Po dokładnym umyciu głowy, należy przytrzymać szampon jeszcze około dwóch minut, a następnie spłukać. Robimy to, aby składniki aktywne zdążyły wchłonąć się w skórę głowy i zacząć działać.

Jakie efekty otrzymałam po miesiącu stosowania tych szamponów? Powiem tak. Z reguły, przeciwłupieżowe kosmetyki należy stosować codziennie, aby szybko zobaczyć efekt. Postanowiłam to sprawdzić i faktycznie codziennie myłam nimi głowę - robiłam to na zmianę - jednego dnia czerwonym, a drugiego zielonym. Po tygodniu zauważyłam, że łuszczenie się skóry mojej głowy zaczyna znikać i byłam bardzo zadowolona. Sama nie wierzyłam, że mogę uzyskać takie efekty. Z racji tego, że moje włosy są mega grube i gęste, przy czym jestem mamą dwójki dzieci i mam masę pracy w domu jak i poza nim, nie jestem w stanie pozwolić sobie na codzienne mycie głowy. Suszarki strasznie niszczą moje włosy, więc muszę pozwalać głowie schnąć samej - a trwa to wiele godzin. Codzienne mycie jest więc w moim przypadku niemożliwe i po dwóch tygodniach zaczęłam wracać do mojej dawnej pielęgnacji, czyli mycia włosów średnio 2 razy w tygodniu (czasem nawet raz). W momencie, kiedy zaczęłam odstawiać codzienne mycie - mój problem wrócił i to w zdwojonej sile. Głowa zaczęła mnie strasznie swędzieć i sypie się ze mnie, kiedy tylko poruszę głową. Zapisałam się już do dermatologa, jednak muszę jeszcze poczekać na swoją kolej. Szampony już skończyłam i mimo, że przytrafiła mi się taka sytuacja - miło je wspominam, bo przy zalecanym codziennym myciu miałam super czystą skórę głowy i praktycznie nie było śladu łupieżu. Nie wiem czy ponowny nawrót jest spowodowany zmianą pielęgnacji, rzadszym myciem głowy czy po prostu chorobą skóry o której nie wiem. 

Szampony możecie dostać w aptekach i kosztują około 20 zł za sztukę. 

Natalia Sońska "Piosenki (nie) miłosne" - recenzja


Historia Zosi pozostawionej przez Igora niezwykle mnie poruszyła. Jakiś czas temu pisałam Wam recenzję książki "Listy (nie) miłosne" Natalii Sońskiej i dziś wracam do Was z jej drugą częścią. Historia tym razem opowiedziana jest od strony Igora, którego strasznie znienawidziłam czytając pierwszą część. Czy moje uczucia do niego uległy zmianie? Czy historia mnie zaskoczyła?

Książka zaczyna się w podobny sposób jak poprzednia, jednak tym razem wszystko opowiedziane jest od strony Igora. Jak wspomniałam we wstępie - poprzednim razem znienawidziłam go, bo byłam pewna, że zostawił swoją narzeczoną Zosię dla innej kobiety. Pewnie każda czytelniczka miała podobne odczucia do moich. W tej części okazało się, że Natalia Sońska zwyczajnie "wpuściła nas w maliny". Dlaczego?

To najtrudniejsza decyzja w życiu Igora.
Nie powie niczego więcej, nie zrani Zosi jeszcze bardziej.
A przede wszystkim nie złamie się i nie przyzna do prawdy.
Nawet jeśli to najgorsza decyzja w jego życiu.

Chłopak dowiaduje się, że jest poważnie chory. Podejrzewa się u niego nowotwór węzłów chłonnych. Od razu Wam powiem, że tego typu choroba pojawiła się w mojej rodzinie - chłoniaka miał mój ukochany wujek, który całkiem niedawno przegrał walkę z chorobą, a moją mamę rak zabrał kiedy byłam bardzo mała. Tak więc możecie domyślić się jak bardzo wiadomość o chorobie chłopaka mnie dotknęła. Temat jest bardzo ciężki i przeróżne myśli kłębią się w głowie osoby którą choroba dotyka, ale również i najbliższe jej otoczenie. Igor postanowił, że nie powie nikomu o stanie swojego zdrowia i postanawia wyjechać do Warszawy, gdzie zacznie swoje leczenie. Wszystkich - łącznie z rodzicami, nieświadomą narzeczoną i przyjaciółmi. Decyzja według niektórych jest bardzo nieprzemyślana i mało dojrzała. Czy dobrze zrobił? Nie mnie to oceniać, ponieważ nie wiem jak sama bym się zachowała dowiadując się o tym, że w każdej chwili mogę zakończyć swój żywot. 

Chłopak postanowił zatrzymać się u wuja, który jest jego ojcem chrzestnym i nie widzieli się od ponad 20 lat. Mężczyzna zniknął z życia rodziny Igora, a chłopak do dziś dnia nie wie dlaczego tak się stało. Nie miał z nim kontaktu od jego zniknięcia i obawiał się, że wuj Michał go nie przyjmie i odmówi pomocy. Tak się jednak nie dzieje i chłopak w 100% ma w nim wsparcie zarówno psychiczne, jak i finansowe, ponieważ niedługo później podejmuje pracę w antykwariacie wuja. W końcu po potwierdzonej diagnozie podejmuje leczenie. Już przy pierwszej wizycie na oddziale onkologii w szpitalu, poznaje młodą i sympatyczną pielęgniarkę o imieniu Ida, która zauważa brak bliskich osób obok Igora. Po pewnym czasie zaprzyjaźniają się i spędzają ze sobą wolny czas. W ten sposób Igor, oprócz Wuja może również porozmawiać z pielęgniarką i opowiedzieć jej o swoich obawach i marzeniach na przyszłość. 

Przez pewien czas mężczyzna łudzi się, że kiedy wygra walkę z chorobą, pojedzie do rodzinnego miasta i opowie swojej narzeczonej i przyjaciołom o chorobie i walce z nią i liczy, że wszystko ułoży się tak jak dawniej. Wyobraża sobie, że Zosia wybaczy mu kłamstwo i zatajenie stanu swojego zdrowia. Liczy na to, że dziewczyna zrozumie jego myślenie, bo straciła ojca - który przegrał walkę z nowotworem. To był główny powód jego odejścia w tajemnicy. Czy takie marzenia mają szansę się urzeczywistnić?

Natalia Sońska "Piosenki (nie) miłosne" - recenzja

Samopoczucie chłopaka co chwila się zmienia. Jednego dnia czuje się w porządku, innego opada z sił i śpi przez wiele godzin. Zmienia się jego wygląd - chłopak mocno chudnie, wypadają mu włosy przez co każde spojrzenie w lustro przypomina mu o chorobie z którą walczy. Kiedy dowiaduje się, że jego była narzeczona związała się ze wspólnym znajomym Staszkiem (i wygląda na szczęśliwą) - zaczyna mieć wątpliwości co do sensu dalszego leczenia i powoli zaczyna się poddawać. 

W historii znajdziecie wiele wzlotów i upadków - tak jak w życiu. Z chorobą taką jak rak niestety nie ma żartów, a do całkowitego wyzdrowienia potrzebne jest pozytywne nastawienie i wsparcie bliskich. Czy Igor pozostawiając chorobę w tajemnicy podjął dobrą decyzję? Czy da radę pokonać walkę z chorobą pomimo samotności i wyrzutów sumienia? O tym nie będę Wam pisać ponieważ chciałabym, abyście sami przeczytali tę historię.

Książka ta bardzo mnie poruszyła, przypomniała mi o ciężkich chwilach, które dotknęły moją rodzinę - zarówno przy stracie mamy, jak i wujka, który był dla mnie bardzo ważną osobą. Pozwoliła spojrzeć mi na ich chorobę w trochę inny sposób, poczuć przez chwilę to, co myślą osoby chorujące na nowotwór. Nie ukrywam, że nawet kilka razy z oczu popłynęły mi łzy i musiałam książkę odłożyć, aby chwilę odetchnąć, mimo, że historia mocno mnie zaciekawiła. Pani Natalia ma niewyobrażalny dar do pisania takich historii i jestem jej wdzięczna za tę powieść. 

Prawdziwa miłość, kłamstwa, obawa o swoje zdrowie, wizja śmierci, rodzinne tajemnice, prawdziwa przyjaźń - to tylko kilka słów, które przychodzą mi na myśl po przeczytaniu tej pozycji. Każdy z Was z pewnością będzie interpretował ją sobie na swój sposób, dla mnie jednak jest czymś wyjątkowym i mam nadzieję, że ktoś z Was po przeczytaniu tych kilku słów o niej - ode mnie - po prostu po nią sięgnie i przeczyta ją. Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona

Esthederm Cellular Water Mist Woda komórkowa w mgiełce

Esthederm Cellular Water Mist Woda komórkowa w mgiełce

W końcu za oknem coraz częściej widnieje słońce, a temperatura jest wyższa jak 10 stopni. Za chwilę maj, tak więc ciepłe dni dopiero przed nami. W związku z tym postanowiłam zaopatrzyć się w wodę komórkową w mgiełce marki Esthederm, która pomoże mi odświeżyć się w ciepłe dni i nawilżyć moją odwodnioną po zimie cerę. Dziś chcę Wam o niej opowiedzieć.

O wodach komórkowych wiedziałam  do tej pory niewiele. Miałam możliwość przeczytania kilku recenzji produktów tego typu, ale nie było kiedy wypróbować ich osobiście. Kiedy jednak trafiła mi się okazja, aby przetestować ten rodzaj kosmetyku, postanowiłam się skusić i zobaczyć czy zauważę jakieś działanie na sobie. 

Zanim jednak napiszę Wam moje spostrzeżenia, chcę pokazać Wam informacje, które znalazłam w sklepie topestetic:

Cellular Water Mist - Woda komórkowa w mgiełce o działaniu nawilżającym. Mgiełka przeznaczona dla każdego typu skóry, szczególnie suchej, szorstkiej, odwodnionej, nawet dla ekstremalnie wrażliwych skór. Idealna dla osób przebywających w pomieszczeniach klimatyzowanych czy podróżujących wiele godzin w samolocie. Dzięki zawartości 100% biomimetycznej, inspirowanej naturalną wodą Patent Cellular Water oraz kwasu hialuronowego jest tak mocna jak serum. Dodatkowo wzbogacona w pierwiastki śladowe i niezbędne minerały przywraca komfort skórze i dostarcza jej niezbędnych składników utrzymujących odpowiedni poziom wilgoci na długi czas. Doskonała jako produkt przedłużający trwałość makijażu oraz promotor przejścia składników aktywnych z kolejnych produktów pielęgnacyjnych.

Esthederm Cellular Water Mist Woda komórkowa w mgiełce

Wskazania

- każdy typ skóry, szczególnie sucha, szorstka, pozbawiona blasku
- dogłębne nawilżenie skóry
- przywrócenie bariery hydrolipidowej
- antyoksydacja skóry
- doskonała do utrwalania makijażu
- ułatwia wchłanialność składników aktywnych z innych produktów pielęgnacyjnych

Zastosowanie

Należy spryskać twarz i dekolt (można stosować także na ciało) i pozostawić do wchłonięcia. Można stosować jako serum pod krem pielęgnacyjny lub jako utrwalacz makijażu. Mgiełka może być używana o dowolnej porze dnia, tak często jak to konieczne.
Skład/INCI:
Aqua/water/eau*, Propanediol, Sodium Citrate, Sodium Chloride, Hydrolyzed Hyaluronic Acid, Citric Acid, Aminoethanesulfinic Acid, Carnosine, Potassium Chloride, Sodium Bicarbonate, Disodium Phosphate, Magnesium Sulfate, Potassium Phosphate, Calcium Chloride. [es1019], * L’eau Cellulaire Contient / Cellular Water Contains : Sels Minéraux / Mineral Salts, Dipeptide Biomimétique / Biomimetic Dipeptide, Pro acide Aminé / Pro aminoacid 

Jak ten produkt sprawdził się u mnie?
Otóż swoją recenzję chcę zacząć od opakowania, które bardzo zwróciło moją uwagę. Srebrna buteleczka łudząco przypomina mi lakier do włosów, jednak w wersji kieszonkowej. Pod zatyczką znajdziemy aerozol, który tworzy przyjemną mgiełkę otulającą twarz. Dawno nie spotkałam się z tak delikatnym produktem, zawsze wody termalne czy hydrolaty spryskują buzię lejąc się wręcz i spływając po twarzy. Ta woda komórkowa tworzy delikatną mgiełkę, która cudownie opada na twarz, nie ściekając z niej. To wszystko sprawia, że kosmetyk używa mi się o wiele przyjemniej i chętnie po niego sięgam. 

Esthederm Cellular Water Mist Woda komórkowa w mgiełce

Stosuję tę mgiełkę w codziennej pielęgnacji, zarówno rano jak i wieczorem. Skóra jest natychmiastowo nawilżona, kosmetyk wchłania się umiarkowanie szybko i nie muszę stosować już żadnych baz czy kremów pod makijaż. Mam wrażenie, że utrwala podkłady, a czasem i resztę kolorówki jaką stosuję na twarz (spryskuję buzię po pomalowaniu jak fixerem). Od kiedy ją stosuję mam wrażenie, że kremy na dzień czy na noc działają lepiej - jakby pomagała im uwolnić wszystkie składniki aktywne, które pomagają mojej skórze się zregenerować. Dodatkowo używam jej do odświeżenia, kiedy dłuższy czas muszę siedzieć przy komputerze czy zamkniętym pomieszczeniu. Zauważyłam, że jest bardzo wydajna dzięki czemu starczy mi na dłuższy okres. Używam jej od lutego i myślę, że zużyłam dopiero połowę. 
Podsumowując moje spotkanie z wodą komórkową śmiało mogę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem wydajności jak i działania. Skóra powoli wraca do normalności, widocznie poprawiło się jej nawilżenie, wyrównuje się koloryt a dodatkowo pomaga utrwalić makijaż. Chętnie do niej wrócę w przyszłości. Znajdziecie ją w sklepie topestetic.pl gdzie oprócz ogromnego wyboru dermokosmetyków otrzymacie darmową wysyłkę i zwrot, do każdego zamówienia dodawane są spersonalizowane próbki i prezenty, a na czacie (oraz telefonicznie lub mailowo) macie możliwość skorzystania z konsultacji kosmetologicznej - to wszystko sprawia, że chętnie wracam do tego sklepu. 
Stosowaliście już wody komórkowe? Spotkaliście się już z kosmetykami marki Esthederm?

Woda perfumowana So Fever Her od Oriflame

Woda perfumowana So Fever Her od Oriflame


Często wspominam Wam, że lubię poznawać nowe zapachy. Od pewnego czasu dość często sięgam po te, produkowane przez markę Oriflame i dziś przychodzę do Was z wodą perfumowaną So Fever HER i opowiem Wam o moich odczuciach po jej stosowaniu. 

Woda perfumowana So Fever Her od Oriflame, to orientalno-kwiatowe perfumy dla kobiet. So Fever Her został wydany w 2015 roku, więc wcale nie jest taką nowością. Dla mnie jednak jest, ponieważ spotkałam się z nim po raz pierwszy. Twórcą kompozycji zapachowej jest Vincent Schaller. 

O tym zapachu czytałam sporo pozytywnych recenzji w sieci i to właśnie one skłoniły mnie do tego, aby go wypróbować. Dodatkowo flakonik, który jest niezwykle oryginalny, nietuzinkowy i ciekawy również zachęcił mnie do tego, aby te perfumy znalazły się w moim domu. Zacznijmy więc od najważniejszego, czyli nut zapachowych:

Kategoria zapachowa: kwiatowo-orientalne
Nuty bazy: drzewo sandałowe, lukrecja, wanilia
Nuty serca: imbir, kwiat jabłoni, śliwka
Nuty głowy: bergamotka, czarna porzeczka, różowy pieprz


Uwodzicielski zapach, który intryguje i zniewala. Za soczystym uderzeniem czarnej porzeczki podąża słodkie ukojenie drzewa sandałowego, by na koniec pobudzić zmysły do granic możliwości ognistą nutą kwiatu imbiru. Przygotuj się na intensywność doznań, która przejdzie Twoje najśmielsze oczekiwania.


Woda perfumowana So Fever Her od Oriflame

Jakie są moje odczucia po jej wypróbowaniu? 

Chciałabym napisać, że zapach zachwycił mnie tak samo mocno jak flakon. Niestety tego tu nie napiszę. Na samym początku, świeżo po spryskaniu wyczuwam w nim kwiaty. Po chwili jednak mocno na prowadzenie wysuwa się aromat wanilii, drzewa sandałowego i czegoś co dla mnie jest niezwykle mdłe - według mojej oceny - może to być lukrecja. Na sam koniec wyczuwam w nim lekką pudrowość, a może i nawet mydełko? Zapach tych perfum zdecydowanie jest ciepły, myślę że lepiej sprawdzi się zimą, jednak u Pań, które lubią mocno aromatyczne i dość ciężkie zapachy. Mnie niestety on męczy i flakon powędrował w ręce osoby, która za takimi aromatami wręcz przepada. 

Ostatnio spotkałam się z opinią na temat tego zapachu, która niezwykle zapadła mi w pamięć. Nawiązywała ona do tego, że ten aromat ma dwa oblicza: pierwsze - niezwykle słoneczne, radość, szczęście i pobudzenie do działania - taka soczysta owocowość przełamana pikanterią przypraw i słodyczą wanilii, a drugie: czysta zmysłowość - wyczuwalna pikanteria i ciężkość. W pewnym sensie mogę zgodzić się z tym opisem, bo na prawdę pasuje do tego zapachu. Nie do końca, bo nie są to moje klimaty - ja wolę jednak aromaty lżejsze i mniej duszące. Wiem jednak, że wiele kobiet uwielbia tą słodycz wanilii - dlatego też jestem pewna, że ten zapach znajdzie więcej zwolenniczek jak przeciwniczek. 


Woda perfumowana So Fever Her od Oriflame


Jeśli podobnie jak ja lubicie testować nowe zapachy i nie lubicie wydawać na to dużej gotówki, polecam rejestrację w Klubie Konsultantek Oriflame: https://klub-konsultantek.pl/katalog-oriflame dzięki niej, będziecie mogły zamawiać perfumy i inne kosmetyki w o wiele niższej cenie jak w katalogu u konsultantki. 

Tym razem niestety moje spotkanie z perfumami Oriflame nie należy do tych udanych, ale nie poddaję się i szukam dalej ;)
Znacie wodę perfumowaną So Fever Her od Oriflame? Jak podoba się Wam ten zapach? 

Instagram