K.N.Haner "Zakazany układ" i "Piekielna miłość" - Seria Mafijna

WSPÓŁPRACA RECENZENCKA 

K.N.Haner "Zakazany układ" i "Piekielna miłość" - Seria Mafijna

Pewien czas temu pisałam Wam o książkach Pani K.N.Haner, które zachwyciły mnie tak bardzo, że postanowiłam sięgnąć po inne jej pozycje. Bardzo szybko w moim domu pojawiły się inne książki tej autorki, które pochłonęłam w dwa dni - jednak ciągle brak mi czasu i siły, aby napisać dla Was recenzję. Dziś chciałabym to zrobić, dlatego też zapraszam Was do lektury ❤.


Nowa seria mafijna, to kolejne powieści młodej pisarki. Tym razem składa się ona z dwóch książek, które są tak wciągające, że czytasz je jednym tchem. 

Nicole żyje w bardzo toksycznym i destruktywnym związku z Paulem, który zaopiekował się nią po śmierci jej rodziców. Żyje w ciągłym strachu, jest poniżana, gwałcona i bita. Któregoś dnia, kiedy po raz kolejny została pobita, postanawia popełnić samobójstwo. W środku nocy biegnie na skraj urwiska, gdzie postanawia zakończyć swój żywot - skacząc w przepaść. Kiedy już ma to zrobić widzi podjeżdżający samochód z którego wysiadają mężczyźni i kogoś zabijają. Postanawia uciekać - jednak zostaje zauważona i złapana. Jeden z mafiozów, to Marcus - któremu Nicole zaimponowała pragnieniem śmierci. Przez ten fakt nie zdecydował się jej zabić i zabrał ją do swojego domu 

Początkowa nienawiść i strach między Marcusem a Nicole przeradzają się w fascynację oraz namiętność. Marcus zaczyna współczuć Nicole, gdy się dowiaduje, co ją spotkało. Oboje zgadzają się na układ, który ma na celu wyeliminowanie największego wroga Marcusa — Aleksandra Modano. Brutalne zasady gangsterskiego świata są jednak niewzruszone, dlatego gdy w grę zaczynają wchodzić uczucia, wszystko się komplikuje. Niebezpieczeństwo pojawia się na każdym kroku, a jedna chwila nieuwagi może doprowadzić do tragedii, której ceną jest ludzkie życie. Ciąża z Paulem, śmierć Paula, narodziny dziecka - wszystkie te sytuacje zaczną się rozwijać i stwarzać coraz więcej problemów dla dziewczyny.


K.N.Haner "Zakazany układ" i "Piekielna miłość" - Seria Mafijna

W drugiej części - czyli Piekielnej Miłości - Nicole budzi się w domu publicznym w Meksyku, a jej dziecko, które urodziła kilka godzin temu zostało jej odebrane. Dodatkowo codziennie dostaje silne narkotyki, które sprawiają, że wpada w nałóg. Środki te po pewnym czasie pomagają ukoić jej ból. W tym tomie Nicole będzie walczyć nie tylko z wrogiem Marcusa - który okazał się jego bratem, ale również pojawią się inni przeciwnicy. Przyjaciele okażą się wrogami - wrogowie - przyjaciółmi. Historia jest tak zagmatwana, że czytając ją, nie ma możliwości, żeby domyślić się jej zakończenia. 

Czy Markusowi uda się odnaleźć Nicole? Czy dziecko, które urodziła znajdzie się całe i zdrowe?  Jak skończy się historia kochanków, którym los na drodze stawia same kłody? Nie chcę Wam tego zdradzać - najlepiej kiedy sami sięgniecie po te pozycje i dowiecie się sami. Obiecuję, że historia wciągnie Was tak mocno, że jednym tchem przeczytacie dwa tomy. Zakończenie było dla mnie zupełnym zaskoczeniem - nie tego się spodziewałam i to mnie bardzo urzekło w tych książkach. Nie potrafiłam odłożyć książki i wrócić do niej później, ponieważ ciągle zastanawiałam się co tym razem spotka Nicole i czy uda jej się wyjść z nałogu, znaleźć swoje dziecko i w końcu poczuć się szczęśliwą, a przede wszystkim - bezpieczną. 



Mam nadzieję, że kiedyś doczekam się ekranizacji - bo z chęcią oglądałabym takie filmy. Dramat, horror, erotyk - to wszystko w jednym sprawia, że chce się więcej. 



Pani Kasiu! Czekam na więcej takich wciągających historii :) A Grupie Wydawniczej Helion - dziękuję za egzemplarze recenzenckie. To najlepsze książki jakie posiadam w domu :)

Jak ożywić pokój dziecka lub nastolatka?

ARTYKUŁ SPONSOROWANY / REKLAMA 


Zanim urodzi się dziecko - większość z rodziców decyduje się na organizację pokoju właśnie dla niego. Na samym początku pokoje dziecięce robione są (najczęściej) w jasnych, pastelowych i spokojnych barwach. Meble, ściany czy dodatki są utrzymywane w podobnych tonacjach, tak, aby zapewnić dziecku spokój i harmonię. Przychodzi jednak czas, kiedy nasze dziecko staje się nastolatkiem, albo prawie wchodzi w ten wiek i taki pokój wydaje się mu zbyt dziecięcy.

Piszę ten post na wnioskach mojego syna, który całkiem niedawno stwierdził, że jest już za dorosły na błękitne ściany, czy maskotki na półkach. Postanowiliśmy zrobić generalny remont jego pokoju. Kuba ma prawie 11 lat i uwielbia czytać komiksy. Wpadł na pomysł, żeby namalować mu na ścianie superbohaterów z jego ulubionych gazet. Niestety, nie odziedziczyłam takiego talentu po rodzicach, więc zaczęłam kombinować. Szukając czegoś ciekawego w sieci trafiłam na fototapety w sklepie tapeciarz.pl.

Pokażę Wam trzy przykłady tapet, nad którymi jeszcze się zastanawiamy, bo syn najchętniej powiesiłby wszystkie :)


  • Fototapeta Avengers 964

Oczywiście ulubiony komiks to Avengers - dodatkowo syn ogląda każdy film, w którym jeden z bohaterów występuje. Dlatego też naszą uwagę zwróciła fototapeta, na której jest każdy z nich. Od Iron Mana, do Czarnej wdowy. Na stronie znalazłam przykładowe jej zastosowanie:


  • Fototapeta Kapitan Ameryka - Marvel 966

Po tym wyborze - pewnie jasny jest fakt iż Kapitan Ameryka to ulubieniec mojego syna. W sumie ma ich dwóch, ale o drugim za chwilę. Na fototapecie mamy Kapitana Amerykę w samym centrum akcji - sporo się tam dzieje, a efekt na ścianie wygląda nadzwyczaj realistycznie.


  • Fototapeta Thor - Marvel 957

Ostatnia pozycja chyba najbardziej trafia w moje gusta, ponieważ sama bardzo lubię oglądać filmy z Thorem w roli głównej. Poza tym, syn uwielbia kolor czerwony i chce kupić kilka dodatków w tym kolorze do swojego pokoju. Ta fototapeta wydaje mi się najlepszym rozwiązaniem w takim wypadku, jednak ostateczną decyzję podejmie mój syn.



Na stronie znajdziecie wiele ciekawych propozycji - zarówno dla chłopców jak i dziewczynek w różnym wieku. Wzorów fototapet jest mnóstwo od Myszki Mikey, Aut od Pixar do Krainy Lodu. Jednak to nie wszystko!

Dorośli również znajdą ciekawe fototapety czy tapety do swoich pokoi, a oprócz nich obrazy, naklejki czy inne dekoracje do domu. W tym roku planuję remont całego mieszkania, który co prawda miał być już w czerwcu, jednak plany nam się trochę zmieniły. Z pewnością skorzystam z oferty tego sklepu i moje małe mieszkanie przejdzie wielką metamorfozę.

Jak podobają Wam się takie fototapety? Czy macie jakieś w swoich domach?

ChillBox - Edycja Lipiec 2018 - co znalazłam w środku?

WSPÓŁPRACA BARTEROWA / PREZENT 


ChillBox - Edycja Lipiec 2018 - co znalazłam w środku?


Od lipca stałam się ambasadorką pudełka ChillBox. Powiem Wam, że to pudełko było dla mnie totalnym zaskoczeniem, gdyż w środku, oprócz kosmetyków można znaleźć książkę. Ostatnio czytam coraz więcej, więc każda nowa pozycja w mojej domowej biblioteczce jest mile widziana. Dziś chciałabym pokazać Wam co znalazłam we wnętrzu pudełka z edycji lipcowej ChillBox.





  • Czarne Mydło Savon Noir do kąpieli - MaokoSklep - cena: 15,25 zł


Naturalne czarne mydło SAVON NOIR wytwarzane jest tradycyjnymi metodami w Maroku z czarnych oliwek, oleju oliwnego, wody oraz wodorotlenku potasu niezbędnego w procesie zmydlania. Swoje cenne właściwości zawdzięcza właśnie obecności oleju z oliwek. Dodatkowo jest to pierwszy element rytuału Hammam popularnego w krajach tureckich.




Za czarnymi mydłami nie przepadam - jednak może uda mi się w końcu do nich przekonać. Na razie go nie otwierałam, bo mam masę kosmetyków do zużycia, a marnotrawstwa nie znoszę.

  • Rękawica Kessa - MarokoSklep - cena: 18,49 zł

Rękawica Hammam używana jest wraz z czarnym mydłem- savon noir do pielęgnacyjnego i złuszczającego zabiegu marokańskiego hammamu. Pozwala wygładzić ciało i pobudzić krążenie. Nadaje skórze jędrność, elastyczność i gładkość. Rękawicy należy używać nie częściej niż dwa razy w tygodniu. Rękawice najlepiej używać w połączeniu z czarnym mydłem. Poleca się wziąć 5-cio minutową kąpiel, aby zmiękczyć naskórek oraz namoczyć rękawice. Następnie należy nałożyć czarne mydło, dokładnie rozprowadzić  je na ciele aż osiągnie lekko pienistą konsystencję, kiedy osiągniemy zamierzony efekt- dla lepszego efektu warto poczekać 5 minut. Potem należy wycisnąć uprzednio zmoczoną Rękawicę Kessa i okrężnymi ruchami z góry do dołu masować ciało. Podczas masażu można dostrzec na rękawicy włókna martwego naskórka, co oznacza, że zabieg przynosi oczekiwane efekty. Na koniec spłukujemy z siebie pozostałości czarnego mydła.



Taką rękawicę mam już w swojej kolekcji i nawet pisałam o niej post. Jednak moja jest już dość stara, więc niebawem zamienię na tą. Bardzo się z niej ucieszyłam.

  • Nawilżająco-odżywczy krem do twarzy z masłem mango - MIYA COSMETICS - cena: 29,99 zł
Nawilża i odżywia. Poprawia elastyczność. Łagodzi i koi. Masło mango nawilża i odżywia skórę, poprawiając jej elastyczność. Olejek z pestek winogron, witamina E, prowitamina B5 łagodzą i koją podrażnienia, pozostawiając skórę gładką i odżywioną. Dzięki lekkiej, kremowej formule QuickAbsorb szybko się wchłania i nadaje się pod makijaż. Idealne nawilżenie skóry po całym dniu opalania. 


Marka MIYA Cosmetics od dawna mnie mocno intrygowała. Nie wiedziałam jednak, na jaki produkt się zdecydować. Cieszę się, że nie kupowałam nic w ciemno i trafił mi się ten krem. Z pewnością wrócę do Was z jego recenzją.
  • Maska bąbelkująca - Purederm - cena: 12,90 zł
Masująca maseczka do twarzy, która dzięki bąbelkom powstających w trakcie jej działania usuwa zanieczyszczenia z porów skóry i głęboko ją dotlenia. Po aplikacji płachty na skórę, w trakcie kontaktu z powietrzem, żelowa konsystencja maski zaczyna musować i zmienia się w detoksykującą piankę, która wnika w głąb porów skóry. Maska ma działanie oczyszczające i zmniejsza widoczność porów skóry. Reguluje wydzielanie sebum i działa odświeżająco. Idealne odświeżenie w letnie dni!


Maski bąbelkowe widziałam do tej pory jedynie na instagramach koleżanek "po fachu". Uwielbiam maseczki w każdej postaci, a takiej bąbelkowej nie miałam okazji jeszcze stosować. Dziś wieczór zrobię sobie małe SPA  i zobaczymy jak się spisze :)
  • Maseczka rozświetlająca Peel-Off z Kurkumą - Calaya - cena: 11,33 zł
Cudownie pachnąca maseczka do samodzielnego stworzenia! Nowa baza maseczki peel-off zapewni Twojej skórze poprawę kolorytu, zastrzyk składników mineralnych i regenerację. Maseczka oczyszcza, rewitalizuje i ujędrnia cerę. Zachwyci Cię jej żółto-pomarańczowy kolor :)


Jak wspomniałam wyżej, uwielbiam maseczki do twarzy. Tej jednak trochę się obawiam - kurkuma mocno barwi na żółto - mam nadzieję, że po jej zastosowaniu nie przemienię się w chińską blogerkę :P
  • Maska torfowa do ciała - Bania Agafii - cena: 7,99 zł
Bania Agafii Maska do ciała czarna torfowa ma działanie odmładzające i ujędrniające. Wygładza i odżywia skórę, zapobiega tworzeniu się cellulitu. Składniki aktywne to glinka katomska- o dużej zawartości minerałów i mikroelementów, ma działanie silnie spowalniające procesy starzenia się skóry, ekstrakt z czarnego tofu- działa na skórę antyseptycznie i przeciwbakteryjnie, a także tonizująco; olej bylicy pospolitej- dzięki zawartości kwasów organicznych, flawonaidów i prowitaminy A, głęboko odżywia skórę; ekstrakty organiczne mchu islandzkiego i arcydzięgła- wzmacnia i ochrania skórę. Sposób użycia: Delikatnie nanieść maskę na ciało, pozostawić na 10 minut i spłukać ciepłą wodą.


Tu również bardzo się ucieszyłam - dużo czytam o kosmetykach babuszki Agafii i w końcu mogę przekonać się o ich działaniu na własnym ciele. Dziś pójdzie w ruch! 
  • Shake truskawkowy - Foods by Ann - cena: 4,49 zł
Idealny dodatek na słoneczne dni! Shake sporządzony z 225 g owoców w jednej porcji. Idealny do przygotowania truskawkowego napoju bądź jako dodatek do koktajlu owocowego. Dzięki innowacyjnej metodzie suszenia w niskiej temperaturze udało się zachować maksymalnie wysoką wartość odżywczą. Truskawki charakteryzuje przede wszystkim wysoka zawartość witaminy C. Substancje w nich zawarte wywierają dobroczynny wpływ na metabolizm. Związki fenolowe obecne w owocach neutralizują wolne rodniki, blokujących ich produkcję oraz wspomagając systemy antyoksydacyjne organizmu.


Miałam okazję próbować przeróżnych produktów od Ani Lewandowskiej. Shake'i zdecydowanie podbiły moje serce i akurat truskawkowy smakował mi najbardziej. Sezon na truskawki już się skończył - więc mogę się delektować nimi dzięki ChillBox :)
  • Flaming na drinki, cena: 7,49 zł
Takiego flaminga zabierzesz nad każdy basen, włożysz do niego  puszkę lub telefon, on będzie pływał, Ty będziesz pływała :) Świetny dodatek na imprezy lub zwykły chillout nad basenem! Flamingi są dmuchane wykonane z PVC.


Jestem osobą nie pijącą, więc zamysł, żeby stosować tego flaminga do drinków w basenie do mnie nie przemawia. Nie mniej jednak, lubię ten motyw i często pojawia się on na moich blogowych zdjęciach. Z pewnością przyda mi się właśnie do tego. 
  • Książka / różne rodzaje, cena: 34,99 zł w moim przypadku jest to "Posłaniec strachu" Michaela Granta. 
Przypomniałam sobie moje imię – Mara. Ale, stojąc w tym upiornym miejscu, na przeciw poważnego młodego człowieka w czarnym płaszczu ze srebrnymi czaszkami na guzikach, nie mogłam sobie przypomnieć nic więcej. I wtedy zaczęła się gra…Posłaniec dostrzega ciemność w młodych sercach. Widzi szkody, jakie młodzi wyrządzają na świecie. Gdy pozostają bezkarni, oferuje im nikczemną grę. Jeśli wygrają, mogą odejść bez konsekwencji. Przegrana oznacza, że będą musieli przeciwstawić się swojej największej fobii.Co to ma wspólnego z Marą? Wkrótce sama się o tym przekona.



Książek ostatnio czytam sporo, kocham kryminały (mam do nich zamiłowanie po mojej mamie) - jednak trafiła mi się fantastyka za którą nie przepadam. Jednak nie skreślam tej książki - kto wie, może dzięki niej zacznę sięgać po taką tematykę? 

Podsumowując moje pierwsze spotkanie z ChillBoxem jestem bardzo zadowolona. Jak wiecie miałam już kilka boxów niespodzianek i nigdy nie byłam taka szczęśliwa jak teraz. Podoba mi się różnorodność produktów w środku - dodatkowa książka sprawia, że małe domowe SPA, może przerodzić się w cudowny, relaksacyjny wieczór. Taki też będzie mój - właśnie dziś - za co ogromnie dziękuję całemu zespołowi ChillBox.

Znacie te pudełka? Co spodobało się Wam najbardziej?

Jakie rośliny warto posadzić w swoim ogrodzie - część 3 - Świdośliwa

ARTYKUŁ SPONSOROWANY / REKLAMA 


Tak jak obiecałam, co jakiś czas wracam do Was z wpisem dotyczącym roślin. Pytanie jak w tytule - jakie rośliny warto posadzić w swoim ogrodzie? Dziś chcę przedstawić Wam Świdośliwę. 

Nazwa świdośliwa, czyli świdośliwa kanadyjska powinna brzmieć dla Ciebie znajomo. Dlaczego? Od pewnego czasu jest to bardzo popularne drzewo ozdobne o wyjątkowych owocach. W naszym kraju zrobiła ona ostatnio dużą furorę. Jest bardzo łatwa w uprawie, ma piękne i smaczne, interesujące owoce. Jak sama nazwa wskazuje - roślina ta pochodzi z Kanady - więc nic dziwnego, że najczęściej spotykamy odmianę właśnie kanadyjską.


Świdośliwa rzadko jest uprawiana w pojemnikach, ponieważ odpowiednio pielęgnowana może wyrosnąć na spore drzewko, chociaż rozpiętość jego wysokości jest znaczna – od 20 cm aż do 20 metrów. Drzewo w ogrodach wytwarza szarą, gładką korę, która jednak może pękać wraz z upływem czasu. Na uwagę zasługują jej liście – są zielone, eliptyczne, bieg ich nerwów jest równomierny i równoległy, liście dodatkowo są ozdobnie ząbkowane. Wczesną wiosną te drzewa ozdobne wytwarzają bardzo delikatne, atrakcyjne kwiaty, które zbierają się w gęste kwiatostany po 6-20 sztuk. Są pięciopłatkowe, najczęściej białe, chociaż zdarzają się odmiany o delikatnym, różowym lub czerwonawym zabarwieniu.
Jednak najczęściej uprawa świdośliwy ma na celu pozyskanie jej owoców. Owoce świdośliwy wyglądają trochę jak jagody pozorne. Dojrzewają latem, kiedy to z ciemnoczerwonych stają się prawie całkiem czarne. Są drobne – najmniejsze mają około 0,5 cm, odmiany o największych owocach osiągają nawet 1,5 cm. W smaku mogą przypominać trochę borówkę amerykańską, są jednak o wiele bogatsze w witaminy, zwłaszcza te z grupy B, magnez i potas. Co więcej, to naprawdę wartościowe źródło wapnia i żelaza. Chociażby dla samych owoców uprawa tej rośliny naprawdę się opłaca, dlatego podpowiadamy, sadzonki jakich gatunków wybrać i jakie odmiany najlepiej sprawdzą się w ogrodzie. 
Świdośliwa może rosnąć nawet w najbardziej wyjałowionej ziemi, piaszczystej a nawet wapiennej, nie ma także żadnych wymagań dotyczących poziomu pH podłoża i rodzaju ziemi, ani jej przepuszczalności. Marnieje na glebach bardzo zwartych, jednak nadal się rozwija – po prostu nie jest tak bujna. Warto jednak wiedzieć, że najbardziej obfite i najwspanialsze owocowanie świdośliwa zapewnia na glebach przepuszczalnych i próchnicznych. 
Owoce:
Drobne, jadalne owoce świdośliwy są bardzo smaczne. Niektórzy uważają, że łączą w sobie to, co dobre z aronii i wyjątkowy smak borówek amerykańskich. Są jeszcze stosunkowo mało znane na polskim rynku, jednak powoli pojawiają się w sklepach i na straganach. Coraz częściej wykorzystuje się je w przetworach, ponieważ są słodkie i bogate w składniki mineralne i witaminy.
Świetnie smakują na surowe, jednak jak napisałam wyżej najczęściej zamieniamy je na różne przetwory - robi się z nich galaretki lub innego rodzaju desery. Są wspaniałą ozdobą do ciast i kremów różnego rodzaju, ożywiają je swoim smakiem. Jest to wspaniały surowiec na dżemy i konfitury, tym bardziej, że po przetworzeniu nadal utrzymują swoje wyjątkowe właściwości. Co więcej, można także je suszyć albo mrozić. Mrożone są pełnowartościowe, więc to najlepszy sposób na zapewnienie sobie zastrzyku witamin zimą. Suszone natomiast są wspaniałą i stosunkowo niskokaloryczną przekąską, którą można wykorzystać na przykład do zrobienia bakaliowych ciastek lub muesli.

Obecnie na naszym rynku możemy dostać różne odmiany, a są nimi między innymi:
  • Honeywood 

Świdośliwa olcholistna 'Honeywood' to deserowa odmiana o bogatym i intensywnym smaku. Owocuje obficie, rośnie silnie. Dorasta do 5 m wysokości. Okres kwitnienia 4-8 dni później niż w przypadku reszty odmian, co przekłada się również na późniejsze dojrzewanie owoców. Polecana głównie do uprawy amatorskiej.
  • Martin 

Świdośliwa olcholistna 'Martin' to odmiana bardzo podobna do 'Thiessen'. Owoce są duże i równomiernie dojrzewają. Wyselekcjonowana przez D. Martin, któremu zawdzięcza nazwę. Bardzo popularna wśród kanadyjskich producentów. Polecana do uprawy towarowej oraz amatorskiej.

 Świdośliwa olcholistna 'Northline' to odmiana która obficie owocuje, nawet przez 50 lat. Owoce bardzo duże. Smak doskonały - intensywny i słodki. Rośnie silnie i dorasta do 4 m wysokości. Jedna z częściej uprawianych odmian w Kanadzie, szczególnie do zbioru kombajnowego. Pokrój zwarty i wysoki. Otrzymana przez J. A. Wallace z Beaverlodge Nursery (prowincja Alberta) w 1958, a do uprawy wprowadzona w 1976 roku. Polecana również do uprawy amatorskiej.
Owoce 'Northline' są bardzo duże (średnica do 1,6 cm), niebieskoczarne, pokryte słabym nalotem. Smak intensywny, słodki. Miąższ miękki i soczysty; kształt kulisty. Nie pękają.
Świdośliwa 'Northline' dojrzewa w średnim okresie - na przełomie czerwca i lipca (w warunkach Polski centralnej).
Okres od kwitnienia do dojrzewania owoców jest krótszy niż u porzeczki czarnej i wynosi ok 45 dni. Nawet w pełni dojrzałe owoce są silnie związane z szypułkami i mocno osadzone w gronie (nie opadają przy silnym wietrze). Odmiana raczej nie polecana do zbioru maszynowego.


  • Pembina 

Świdośliwa olcholistna 'Pembina' to odmiana długowieczna. Rośnie silnie, dorasta do 5 m wysokości i może owocować nawet przez 70 lat! Pokrój zwarty i wysoki, w momencie osiągnięcia pełni owocowania korona rozkrzewia się. Owocuje niemal tak obficie jak Smoky. Otrzymana przez J. A. Wallace z Agriculture Canada, w prowincji Alberta. Nazwa pochodzi od rzeki Pembina, w dorzeczu której odkryto jej dziką mutację. Wprowadzona do uprawy w 1952 roku. Polecana również do uprawy amatorskiej.

Świdośliwa olcholistna 'Smoky' to najsłodsza i jednocześnie najobficiej plonująca odmiana - do 6,000 kg/ha. Owoce niebieskoczarne, sporej wielkości. Może owocować przez 70 lat. Dorasta do 4,5 m wysokości. Początkowo pokrój wyprostowany, z czasem z tendencją do rozkrzewiania się na boki (do 6 m). Otrzymana przez W. D. Albright w prowincji Alberta (dziko rosnąca odmiana została odnaleziona w dorzeczu rzeki Smoky - stąd wzięła się jej nazwa. W latach '90 stanowiła blisko 85% uprawy w Kanadzie.
Owoce 'Smoky' są sporej wielkości (średnica do 14 mm), niebieskoczarne, pokryte słabym nalotem; od 7 do 11 w luźnym gronie. Smak łagodny, bardzo słodki - jest to jak dotąd najsłodsza odmiana (o najwyższym stosunku cukrów do kwasów).
Świdośliwa 'Smoky' dojrzewa stosunkowo nierównomiernie. Polecana do uprawy towarowej z kombajnowym zbiorem owoców.
Okres od kwitnienia do dojrzewania owoców jest krótszy niż u porzeczki czarnej i wynosi ok 45 dni. Nawet w pełni dojrzałe owoce są silnie związane z szypułkami i mocno osadzone w gronie (nie opadają przy silnym wietrze).


Świdośliwa olcholistna 'Thiessen' to odmiana, która rośnie silnie i dorasta do 4 m wysokości. Pokrój zwarty i wysoki. Otrzymana w North Saskatchewan River, w prowincji Saskatchewan. Wprowadzona do uprawy w 1976 roku.  Jest to druga pod względem popularności odmiana w Kanadzie. Polecana również do uprawy amatorskiej.
Owoce 'Thiessen' są bardzo duże (średnica do 17 mm), niebieskoczarne, pokryte słabym nalotem. Smak słodki, kształt kulisty. Miąższ miękki i soczysty. Świdośliwa 'Thiessen' dojrzewa we wczesnym okresie - pod koniec czerwca (w warunkach Polski centralnej). Okres od kwitnienia do dojrzewania owoców jest krótszy niż u porzeczki czarnej i wynosi ok 45 dni. Nawet w pełni dojrzałe owoce są silnie związane z szypułkami i mocno osadzone w gronie (nie opadają przy silnym wietrze). Odmiana raczej nie polecana do zbioru maszynowego.


Przy dobrze prowadzonej plantacji świdośliwy, zadowalającego zbioru owoców możemy spodziewać się już w 3. roku po posadzeniu. Z kolei w 4. roku po posadzeniu, przy dobrze rozwiniętych krzewach (1,2-1,5 m wysokości), możemy oczekiwać plonu do 0,5 kg owoców z jednego krzewu.
Owoce przeznaczone do przetwórstwa powinny być zbierane, gdy tylko uzyskają dojrzałość (koncentracja pektyn i kwasów jest wtedy najwyższa), jest to istotne w przypadku produkcji dżemów oraz mrożonek.
Do produkcji w stanie świeżym oraz do produkcji soku, owoce powinny być zbierane nieco później, co sprzyja nagromadzeniu większej ilości cukru w owocach. Dojrzałe owoce świdośliwy olcholistnej są bardziej delikatne niż owoce porzeczki czarnej czy borówki amerykańskiej, dlatego nie należy zbytnio opóźniać terminu ich zbioru. Owoce przetrzymane na krzakach nie opadają, ale tracą swój smak i miękną.



Aktualnie rozglądam się za sadzonkami w moim mieście, jeśli ich nie dostanę od ręki - zamówię z sieci. Wydaje mi się, że może to być całkiem ciekawy owoc - posiadający dodatkowo wiele witamin i minerałów, które wzbogacą dietę moją i moich bliskich.
Ktoś z Was posiada świdośliwę w swoim ogrodzie? Jak smakują Wam jej owoce?

Moje Piękno, moja historia...

POST PROMUJĄCY KAMPANIĘ MARKI DOVE

Moje Piękno, moja historia...


W życiu chyba każdej kobiety przychodzi taki moment, że zaczyna kochać swoje ciało i uczy się kochać siebie. Jeśli należysz do grona osób, które od zawsze w pełni siebie akceptują, to gratuluję. Moje 32 letnie życie niestety nie było takie kolorowe, a akceptacja siebie przyszła dopiero niedawno... 


Zacznę może od początku, bo może pisząc to - dojdę sama do wniosku skąd wzięła się moja niska samoocena i masa kompleksów. W 1991 roku zmarła moja mama - miałam wtedy nieco ponad 4 lata. Mnie i moją siostrę wychował więc tata, który nie dość, że musiał zająć się domem, pracą, to jeszcze przyszło mu samotnie wychowywać dwie córki. Tak więc był dla mnie i ojcem i matką - bo jej tak naprawdę nie pamiętam. Mam jakieś urywki w głowie - pamiętam jak zabierało ją z domu pogotowie, jak leżała w łóżku pod kroplówką, pamiętam też dzień pogrzebu - takie przebłyski gdzieś się czasem pojawiają. Mogę jednak śmiało powiedzieć, że nie wiem jak to jest mieć matkę - kobietę, która dałaby mi przykład, rozmawiałaby ze mną o pierwszej miesiączce, chłopaku itd. Mój tata starał się jak mógł, jednak nie oszukujmy się - z facetem rozmawia się zupełnie inaczej. Oczywiście rozmawiał ze mną i o okresie dojrzewania, o seksie, o tym co można, a czego nie powinno się robić - wydaje mi się, że dał radę i jestem dobrze wychowaną osobą. Jednak wiem sama po sobie, że wychował "chłopiarę". Zawsze miałam lepszy kontakt z kolegami jak z koleżankami, w sumie tak jest do dzisiaj - nie mam przyjaciółki od serca z którą spotykam się codziennie. Posiadam dwie takie dobre koleżanki, mogę powiedzieć, że są to przyjaciółki - jednak mieszkają daleko ode mnie. Jedna w Warszawie (KC Kasiu :*), a druga... we Francji (Beatko :*). Nauczyłam się jednak żyć z tym, że muszę radzić sobie sama, a ojciec był dla mnie - w niektórych przypadkach - autorytetem. Tak więc w jakiś sposób przejęłam od niego sposób ubierania, mowy... uwielbiałam spodnie, moro - ogólnie bardziej męskie ubrania i zakrywałam to, co pokazywać powinnam.

Pamiętam jak w szkole - podstawowej, jak również w gimnazjum - byłam obiektem kpin kilku kumpli i koleżanek z klasy. Zwróćcie uwagę na moje zdjęcia - jak wyglądają moje usta i twarz. Te pierwsze są bardzo małe - a koledzy śmiali się, że ciągle robię dzióbek, bo taki mają kształt. Na początku śmiałam się z nimi, jednak po pewnym czasie zaczęło mi to mocno doskwierać o czym nigdy nikomu nie mówiłam. Drugą rzeczą z której lubili się śmiać, była moja skłonność do pojawiania się pieprzyków na twarzy - na całym ciele, jednak ciało zakrywałam, a na buzi widać je zawsze. Jest ich około 50 sztuk. Pamiętam jak na lekcji kilku kolegów próbowało je liczyć, przy czym robili sobie śmiechy. Przez takie zachowania nie czułam się dobrze w swoim ciele, zakrywałam je jeszcze bardziej, ścięłam włosy "na chłopca" i tak czułam się bezpiecznie. Trwało to dobre kilka lat.

Przez takie ukrywanie się na swojej drodze spotykałam złych mężczyzn - nie chcę opowiadać publicznie tego, co przeżyłam - ale nie było to nic przyjemnego - alkohol, używki, przemoc - miałam złamany nos, żebra, a jeden z moich partnerów dostał sądowy zakaz zbliżania się do mnie. 

Później jakoś się to wszystko uspokoiło i trafiłam na pierwszego męża. Nigdy nie mówił mi, że jestem piękna, ale był ze mną i chyba tak było mi wygodnie. Urodziłam syna - w ciąży przybyło mi 30 kg a całe ciało zasypało się rozstępami - czułam jak puchnę, jak skóra mi pęka - pamiętam do dziś jak płakałam widząc kolejny, nowy rozstęp. Nie potrafiłam tego zaakceptować i strasznie zamknęłam się w sobie. To było na tyle silne, że nie umiałam cieszyć się w pełni z tego, że zostałam mamą. Oczywiście - mój syn na tym nie ucierpiał, bo kochałam go od momentu kiedy dowiedziałam się, że noszę go pod moim sercem i starałam się być dla niego najlepszą mamą na świecie. Małżeństwo niestety nie wyszło, rozwiodłam się i obiecałam sobie, że muszę wziąć się w garść i zacząć żyć pełnią życia.. Wygrałam wtedy metamorfozę w konkursie na facebooku i pojechałam do Warszawy na kilka dni. Przebrano mnie, pomalowano i wtedy zobaczyłam, że można wyczarować ze mnie coś, co wygląda w miarę dobrze - byłam bardzo zadowolona, że mogłam coś takiego przeżyć, bo to był pewien krok do tego, abym zaczęła siebie akceptować. Poniżej wrzucę Wam kilka zdjęć z tego dnia:







fot. pochodzą z bloga www.erykasokolska.wordpress.com/

Makijaż: Eryka Sokólska
Fryzury: Daniel Muras
Stylizacja: Kuba Bonecki
Fotograf: Jacek Grąbczewski

Po tej metamorfozie zmieniłam trochę swoje podejście do siebie, mojego stylu ubierania się i makijażu. Zaczęłam nosić sukienki, pokazywać nogi - mimo, że czułam się niepewnie, to wiedziałam, że chcę się zmienić i pokochać siebie.

Minął nie cały rok i poznałam jego... Wysoki, przezabawny, o pięknych zielono-brązowych oczach. Na początku byliśmy tylko przyjaciółmi - on był w związku, ja spotykałam się z jego znajomym, jednak nie było to nic poważnego. Bardzo lubiliśmy spędzać ze sobą czas. Był dla mnie jak brat - i jakby ktoś wtedy powiedział mi, że będziemy razem - zaśmiałabym się, że to niemożliwe. On jednak rozszedł się z dziewczyną, ja próbowałam pomóc mu pozbierać myśli, a nawet namawiałam go na powrót do niej - jednak wyszło zupełnie inaczej - żaden z nas nie spodziewał się takiego obrotu akcji i zostaliśmy parą. Tak żyliśmy ze sobą ponad 4 lata, kiedy zdecydowaliśmy się na ślub. Pamiętam, że na ślub czekaliśmy dobre pół roku, a w tym czasie udało mi się zajść w ciążę. Tydzień po ślubie trafiłam do szpitala gdzie spędziłam prawie 3 miesiące. Niestety ciąża była od samego początku bardzo problematyczna - miałam ciążę bliźniaczą z zespołem TRAP, później doszło do tego przedwczesne sączenie się wód płodowych, a na końcu poród przedwczesny w 30 tygodniu ciąży. To wszystko sprawiło, że znowu zaczęłam czuć się źle w swoim ciele. Zaczęłam mieć w głowie scenariusze, że nie nadaję się nawet do tego, żeby donosić ciążę - nie potrafiłam spojrzeć na siebie w lustro. Kilogramy po porodzie zaczęły iść w górę zamiast w dół, a ja nie potrafiłam cieszyć się z niczego. Dodatkowe wyjazdy co drugi dzień do szpitala z mlekiem dla córki sprawiały, że czułam się zmęczona, wykończona, i nic nie sprawiało mi radości.

Pamiętam, jak wróciłam do domu z kolejnej wizyty u córki - czułam się strasznie źle i fizycznie i psychicznie, a wtedy mój mąż zauważył (podejrzewam, że widział wcześniej - jednak dopiero "się obudził") że czuję się źle. Objął mnie i powiedział mi coś co sprawiło, że dziś zupełnie inaczej postrzegam samą siebie. Powiedział do mnie: "Kochanie nie martw się, dla mnie zawsze będziesz piękna - pamiętaj, że każdy rozstęp na Twoim ciele, to znak, że dałaś mi coś najpiękniejszego na świecie - naszą córkę i tak mocno o nią walczyłaś. Kiedyś będziemy starzy, pokryci zmarszczkami, a może i niedołężni, ale pamiętaj - że zawsze będziesz miała te cudowne oczy, które patrzą na mnie i nasze dzieci z ogromną miłością". W tym momencie wszystko co piętrzyło się we mnie przez te wszystkie lata - pękło. Widziałam, że mój mąż mówi szczerze i kocha mnie - nie za to jak wyglądam, a za to kim jestem i co noszę w sobie. Oczy może i mam ładne i to w nie będzie patrzył mój mąż za te kilkadziesiąt lat, a ciało, to tylko ciało - każdy ma jakieś niedoskonałości. Można z nimi walczyć, a można je pokochać i w pełni zaakceptować. Ja nauczyłam się dostrzegać w nim piękno i dziś wychodząc z wanny - potrafię spojrzeć w lustro i uśmiechnąć się - sama do siebie.



Może nie ważę 50 kg, nie mam już talii osy - moja twarz nie należy do najpiękniejszych na świecie - jestem tego w pełni świadoma. Jednak taka jestem - dla innych pełna wad - a dla mnie idealna. Dziś nie wyobrażam sobie wyglądać inaczej - nie mam zamiaru poddawać się operacjom plastycznym czy chudnąć 20 kg. Makijaż może zrobić każda z nas, jednak ważne jest to co nosimy w środku - w sercu. Kiedyś nie wyobrażałam sobie wyjść z domu bez makijażu - dziś swobodnie chodzę po ulicy bez niego - nie mam czego się wstydzić. Moje piękno, to ogromna empatia, dobre serce i dystans do siebie - w końcu mogę to powiedzieć, że go mam. Moje piękno, to moja historia...


Instagram