czwartek, 14 grudnia 2017

Mineralny balsam do rąk YOPE


Markę YOPE znałam jedynie z blogów. Wszędzie widziałam ich produkty, które bardzo urzekły mnie swoim oryginalnym wyglądem. Z tego co czytałam, działanie również okazuje się w większości na plus - więc postanowiłam skusić się na jakiś produkt tej firmy. W EcoAndWell aktualnie na ten balsam jest fajna promocja, więc warto się na niego skusić. Dlaczego? O tym już za chwilę Wam opowiem.

Ostatnio w mojej kosmetyczce pojawia się coraz więcej naturalnych kosmetyków i mam nadzieję, że z czasem będę sięgała tylko po takie. Nie mam jakichś szczególnych problemów ze skórą, jednak chyba najkorzystniej sięgać po te naturalne kosmetyki. Pielęgnacja dłoni od niedawna stała się dla mnie bardzo ważna - o czym z resztą już dla Was pisałam - dlatego też z przyjemnością postanowiłam przetestować balsam do rąk




Balsam do rąk Yope to naturalny kosmetyk do codziennej pielęgnacji suchych i spierzchniętych dłoni. Aż 97% balsamu stanowią składniki naturalne. Wśród nich znajdziemy cztery olejki roślinne i zestaw minerałów – składniki, dzięki którym kosmetyk jest tak skuteczny w pielęgnacji skóry dłoni. Olej tsubaki i z oliwek zmiękczają i wygładzają skórę. Organiczne oleje arganowy i kokosowy – doskonale nawilżają i odżywiają. Specjalnie skomponowana mieszanka minerałów, w tym glinu, miedzi, potasu, magnezu, sodu i cynku, usprawnia prawidłowe działanie komórek.Balsam do rąk Yope zawiera organiczne masła shea, które zapobiega przesuszaniu naskórka i uelastycznia go. Dodatek witaminy E, zwanej witaminą młodości, sprawia, że balsam chroni skórę dłoni przed zbyt szybkim starzeniem się.
Balsam Yope nie zawiera silikonów, syntetycznych barwników i kompozycji zapachowych, olei mineralnych i parabenów.
Na stronie EcoAndWell polecają stosowanie mydła kuchennego z tej samej serii, które niweluje zapach czosnku, cebuli, ryby itp. W zestawie z balsamem będzie niebanalnym prezentem dla amatorów gotowania. Coś dla mnie - koniecznie muszę domówić takie mydełko. 

Jak widzicie balsam zamknięty jest w białej buteleczce z pompką - co znacznie ułatwia aplikację kosmetyku na nasze dłonie. Etykieta bardzo zwraca moją uwagę - jest błękitno czarna i widnieje na niej wizerunek tukana - bardzo pomysłowo. Napisy są bardzo czytelne i przejrzyste. Wszystko na plus. Widząc taki kosmetyk w sklepie z pewnością bym się nim zainteresowała i podejrzewam, że wylądował by w moim koszyku.
Konsystencja kosmetyku - jest jak nazwa - jak balsam. Nie jest to gęste, ani tłuste - jednak nie jest wodniste i nie przelewa się. Mogłabym nazwać to konsystencją idealną, która jest lekka, nie pozostawia żadnej tłustej powłoki i bardzo szybko się wchłania. Kolor biały. Zapach - obłędny - świeży, morski... bardzo mi się podoba. 

Działanie balsamu oceniam na bardzo dobry z plusem. Nie będę Was oszukiwać - używam go na przemian z kremem o którym ostatnio pisałam, jednak jest to skutkiem tego, że nie należę do osób systematycznych i po prostu porozstawiałam sobie kosmetyki "po kątach" w mieszkaniu w taki sposób, aby o nich pamiętać i stosować.
Balsam ten stoi w honorowym miejscu - obok laptopa przy którym jestem dość często z racji pisania postów. Dzięki temu sięgam po niego kilka razy dziennie - staram się to robić po każdym umyciu rąk - nie zawsze jeszcze jednak o tym pamiętam.
Stosuję go od początku listopada - więc jest to około 1,5 miesiąca. Moje dłonie z dnia na dzień wyglądają coraz lepiej i nie wstydzę się już, że wyglądają źle, mają zgrubienia na kostkach a w dotyku są jak papier ścierny - uczucie to dawno jest już za mną. Skóra moich rąk jest dzisiaj gładka, miękka i pachnąca. Jedyne czego żałuję, to fakt, że nie stosowałam kosmetyków do rąk wcześniej - ominęło by mnie parę przykrych sytuacji. Wiem, że nic już takiego nie będzie miało miejsca, ponieważ mam kosmetyk, który sprawia, że w końcu mam dłonie kobiety.

Jeśli więc rozglądacie się za kosmetykiem do rąk, który nie tylko będzie ładnie wyglądał czy pachniał, szukacie działania skutecznego - polecam zainwestować w ten balsam. Jak wspomniałam na początku na stronie sklepu Eco And Well kupicie go w promocji za  30,99 zł za 500 ml! Fantastyczna oferta i warto z niej skorzystać. Polecam. 


Znacie markę YOPE? A może korzystałyście już z tego balsamu? Jak dbacie o swoje dłonie?
Czytaj dalej »

środa, 13 grudnia 2017

SUCHY Olejek do Ciała NIVEA


Kiedy pierwszy raz spotkałam się z terminem "suchy olejek" - pomyślałam - jak to możliwe? Nigdy nie lubiłam olejków ze względu na ich tłustość i mega długie wchłanianie. Czasem sięgam po olejki do kąpieli, jednak muszę mieć ochotę aby po nie sięgnąć, bo później niestety trzeba dłużej czekać z ubraniem się. Jestem przyjaciółką NIVEA, dlatego też kiedy otrzymałam informację, że będę testować olejek do ciała nie byłam do końca zadowolona - przecież nie lubię olejków - pomyślałam. Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o moich spostrzeżeniach, bo jestem w trakcie jego testów już jakiś czas. Zapraszam.

Na stronie producenta nie znalazłam zbyt wielu informacji na temat tego olejku - zawsze lubię poczytać o tych zapewnieniach, aby móc porównać Wam później w recenzji - moje zdanie do superlatyw ze stron. Co znalazłam na jego temat?


Poczuj jak Twoja sucha skóra staje się promienna i zauważalnie gładsza przez 24h+. • NIVEA® Intensywnie odżywczy olejek do ciała ma innowacyjną FORMUŁĘ SUCHEGO OLEJKU z drogocennym olejkiem migdałowym. • Szybko się wchłania nie pozostawiając tłustej warstwy. Sprawia, że skóra staje się promienna i gładka niczym jedwab - już po 1 zastosowaniu!
  • Sprawia, że skóra staje się promienna i zauważalnie gładsza
  • Zapewnia intensywne, 24-godzinne nawilżenie i odżywienie
  • Szybko się wchłania, nie pozstawiając tłustego filmu na skórze
  • Nie zawiera parabenów ani olejów mineralnych
  • Zawiera drogocenny olejek migdałowy




Mimo, że nie byłam nastawiona pozytywnie na te testy - któregoś dnia, po kąpieli postanowiłam sięgnąć po ten olejek i go wypróbować.

Odkręciłam buteleczkę, wylałam na rękę trochę płynu z jej wnętrza i od razu mój wrażliwy nosek poczuł zapach - typowy dla NIVEA - kremowy, delikatny i przyjemny. Markę tą lubię właśnie między innymi za ten aromat, który nie zmienił się od wielu, wielu lat - pamiętam go z dzieciństwa, kiedy to tata kupował do domu klasyczny krem w metalowym pudełeczku... to były czasy :)

Wróćmy jednak do olejku. Pierwsze sekundy rozprowadzania go po mojej skórze nie były niczym wyjątkowym - olejek jak olejek - pomyślałam. Jednak po kilku sekundach przeżyłam szok - dosłownie. Kosmetyk ten praktycznie całkowicie zniknął z powierzchni mojej skóry. Byłam na prawdę bardzo zdziwiona i to od razu przypomniało mi o jego nazwie - suchy olejek - teraz już wiedziałam dlaczego dano mu taką nazwę. 

Nie powiem, że wchłania się do końca - bo tak nie jest. Zostawia po sobie delikatny film, jednak nie jest to tłusta powierzchnia typowa dla olejków. Nie brudzi ubrań, a moje ciało nie jest śliskie. Powiedziałabym, że powstaje na nim taka ochronna warstwa, która sprawia, że skóra staje się przyjemnie miękka i nawilżona już po pierwszym użyciu. Używam go za każdym razem chwilę po kąpieli - i nie mam już problemów z suchą skórą. Dzięki temu olejkowi pożegnałam się z uczuciem ściągnięcia po wyschnięciu - za co jestem bardzo wdzięczna producentowi. 


Jeśli jesteście ciekawe działania suchych olejków, to polecam wypróbować ten kosmetyk. Jest nie drogi, łatwo dostępny i skuteczny. 

Lubicie kosmetyki NIVEA? Stosowałyście już jakieś suche olejki? 
Czytaj dalej »

wtorek, 12 grudnia 2017

ORPHICA - TOUCH Hand cream - mój ABSOLUTNY HIT!


Za oknem jest już śnieg, a temperatura spadła poniżej zera. W taką pogodę szczególnie trzeba dbać o swoją skórę. Dziś skupimy się na skórze naszych dłoni, które nie zawsze zimą mają należytą opiekę. 

Jak czytacie mojego bloga, to wiecie, że mam problem ze skórą moich dłoni poprzez słabą dbałość o nią, oraz brak systematyczności w pielęgnacji. Mam po mieszkaniu porozstawiane kremy do rąk wszędzie gdzie się da, aby pamiętać o ich użyciu - jednak i to nie skłaniało mnie do systematycznego używania ich. Jakiś czas temu w moje ręce trafił krem Orphica - TOUCH i właśnie on będzie bohaterem dzisiejszego dnia. Zapraszam do recenzji :)





Aby zapomnieć o szorstkiej skórze i odpowiednio zatroszczyć się o wygląd rąk, marka ORPHICA stworzyła linię TOUCH, czyli regeneracyjno-pielęgnacyjną terapię na dłonie.
TOUCH krem do rąk z formułą Intensive Moisture Therapy sprawia, że skóra dłoni jest intensywnie zregenerowana, bardziej elastyczna i napięta, a na jej powierzchni tworzy się niewidzialna warstwa ochronna, która wiąże wodę. Naturalne składniki kremu nawilżają suchą i podrażnioną skórę, przyspieszają proces jej regeneracji, wygładzają zmarszczki na dłoniach, a dodatkowo mają działanie odżywcze oraz antyoksydacyjne. Produkt został przebadany dermatologicznie.
W składzie znalazły się naturalne składniki i ekstrakty, które dbają o kondycję skóry dłoni, zapobiegając jej przesuszeniu. Gliceryna sprawia, że skóra jest bardziej elastyczna oraz napięta. Mocznik nawilża i wygładza skórę. Witamina E ma działanie antyoksydacyjne, ochronne i pomaga wygładzić zmarszczki na dłoniach. Pantenol posiada właściwości przeciwzapalne, przyspiesza procesy regeneracji naskórka oraz nadaje dłoniom uczucie gładkości. Hialuronian sodu tworzy na powierzchni rąk film, który wiąże wodę w skórze i zapewnia jej odpowiednie nawilżenie. Ekstrakt z zielonej herbaty opóźnia procesy starzenia się skóry, doskonale nawilża, łagodzi podrażnienia i stany zapalne. Dodatkowo zawiera cenne polifenole, bogate m.in. w witaminy z grupy B, A, C i K oraz wapń, żelazo, fosfor, potas i krzem.
Takie informacje i wiele innych możemy znaleźć na stronie producenta. Dodatkowo jest tam sporo opinii zadowolonych klientek, zdjęć i innych informacji jak np. wykresy procentowe z potwierdzeniem działania. Jest to bardzo kuszące i przeglądając stronę już chce się mieć taki krem w domu.




Kiedy krem do mnie przyjechał nie mogłam przestać wąchać paczki. Oprócz kremu w pudełeczku znajdowały się perełki zapachowe, które pachną identycznie jak krem. Jest to zapach bardzo intensywny - jednak nie potrafię go określić - może trochę kwiatowy i świeży. Bardzo mi odpowiada. Nawet karton przeszedł tym zapachem i paczka od samego początku kusiła, aby ją otworzyć i zacząć testowanie.

Jak widzicie kosmetyk zamknięty jest w typowym opakowaniu - tubce zamykanej na klik. Kolorystycznie utrzymana jest w bieli połączonej z błękitem, co kojarzy mi się z zimą, która jest za oknem i świeżością. 

Krem ma kolor biały i jest dość rzadkiej konsystencji, co czyni go bardziej chłonnym i wydajnym. Kremy do rąk przeważnie są gęstsze i tłustsze - w tym przypadku mogłabym nazwać go mianem balsamu do rąk. 



Kiedy posmaruję nim ręce, od razu czuję ulgę - uczucie ściągnięcia przez suchą skórę znika. Przez chwilę na dłoniach mam delikatną, jakby sylikonową warstwę, która znika, a na jej miejsce pojawia się niesamowita gładkość dłoni.

Zniewalający i kojący zmysły zapach utrzymuje się przez dobrą godzinę, jak nie dłużej - z czym jeszcze nigdy się nie spotkałam. 

Jak napisałam wyżej - od razu po użyciu czuje się zdecydowaną różnicę w stanie swojej skóry. Więc pewnie nie będzie dla Was zaskoczeniem, że używając kremu (w miarę regularnie 😋) po około miesiącu stosowania - moje dłonie są "jak nowe". Jestem zaskoczona tak dobrym działaniem tego kosmetyku. 



Zawsze odnosiłam wrażenie, że każdy krem do rąk działa tak samo. Jednak od kiedy w domu mam TOUCH - zmieniłam całkowicie zdanie na ten temat. Nie każdy krem działa tak samo. Jednak nie każdy krem działa CUDA - a ten owszem. Popękana skóra, zgrubienia czy nadmierna suchość i ściągnięcie to już nie mój problem. Aż sama jestem w szoku, że to piszę. Nie wierzysz? Sprawdź sama. 

Jeśli zachęciłam Was moją recenzją i zastanawiacie się nad zakupem to mam dla Was niespodziankę - 15% rabat na zakupy produktów na www.orphica.pl - wystarczy wpisać hasło: zuzkapisze dotyczy on WSZYSTKICH PRODUKTÓW!
Czytaj dalej »

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Kolorowy, mineralny makijaż z Lily Lolo od Costasy


Markę Costasy i linię Lily Lolo znam już dobre kilka miesięcy. Były to pierwsze kosmetyki mineralne na jakie się zdecydowałam i tak się z nimi zaprzyjaźniłam, że postanowiłam poszerzyć ich grono w mojej kosmetyczce. 2 miesiące temu pisałam o paletce cieni, kremie BB i różu i z tej trójki nie byłam do końca zadowolona z paletki, ze względu na jej słabą pigmentację. Kto nie pamięta odsyłam --> TU

Trochę poczytałam i porozmawiałam z Panią, która zajmuje się obsługą klienta w Costasy i postanowiłam dać drugą szansę cieniom i wypróbować je razem z bazą, która będzie m.in. bohaterką dzisiejszego wpisu.  Czy zmieniłam zdanie na temat cieni? Jak oceniam efekt pracy nimi w połączeniu z bazą i pędzlami lepszej jakości? O tym dowiecie się czytając do końca. Zapraszam. 

Swój post chcę zacząć od bazy pod cienie do powiek. 


Naturalna baza pod cienie o kremowej konsystencji, której główne zadania, oprócz przedłużenia trwałości cieni, to wyrównanie kolorytu skóry powiek oraz tuszowanie cieni pod oczami.

  • stworzona z myślą o przedłużeniu trwałości cieni o sypkiej konsystencji; cienie się nie rolują i nie ważą
  • skóra powiek jest doskonale przygotowana pod makijaż
  • podwójne działanie
  • baza cielista wyrównuje koloryt skóry powiek i sprawia, że kolor nakładanych cieni jest ujednolicony
  • baza żółta tuszuje cienie wokół oczu i sprawa, że cienie trzymają się dłużej
  • obie bazy można ze sobą mieszać
  • 2g
  • odpowiednia dla wegan
  • Rada: aplikuj za pomocą palca, delikatnie wklep bazę w skórę powiek, a następnie równomiernie rozetrzyj
Skład: SIMMONDSIA CHINENSIS (JOJOBA) SEED OIL, EUPHORBIA CERIFERA (CANDELILLA) WAX, ARGANIA SPINOSA KERNEL OIL, MICA, TOCOPHEROL, [MAY CONTAIN CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), CI 77491 (IRON OXIDE), CI 77492 (IRON OXIDE), CI 77499 (IRON OXIDE)]


Jak widzicie baza zamknięta jest w okrągłym pudełeczku utrzymanym w kolorystyce typowej dla marki - czyli połączeniu klasycznej czerni z bielą. W środku znajdziemy lusterko, oraz dwie przegródki, w których znajdziemy dwa odcienie bazy.

Bazę możemy używać jako podkładu pod cienie, oraz korektor pod oczy - genialne rozwiązanie.
Kosmetyk ten ma konsystencję masełka - delikatne muśnięcie palcem sprawi, że nabierzemy idealną ilość bazy i możemy aplikować ją bezpośrednio na powiekę, lub pod oko. Mimo, iż jest "masełkowata" nie jest tłusta - ta lepkość znika gdzieś po nałożeniu cieni. 

Porównując ją do innych baz, śmiało mogę stwierdzić, że ta jest lżejsza i faktycznie przedłuża trwałość makijażu oka, oraz uwydatnia kolor cieni. Kolor z paletki, którą poprzednio opisywałam znacznie się zmienił - nie traci swojej pigmentacji ani intensywności kolorów. Jestem bardzo zadowolona że dałam drugą szansę tej paletce i za jej pomocą mogę teraz w magiczny sposób wyczarować nawet makijaż na wieczorne wyjście. 





Skoro wspomniałam o pędzlach lepszej jakości - z pewnością do takich należą pędzle Tapered Eye Brush oraz Tapered Blending Brush również Lily Lolo



Pierwszy z nich Tapered Eye Brush zapewnia precyzyjną aplikację intensywnych kolorów cieni w załamaniu powieki oraz umożliwia łatwe roztarcie ostrzejszych krawędzi. 
  • niewielka główka pędzla ułatwiająca dokładną aplikację
  • odpowiedni dla wegan
  • całkowita długość w przybliżeniu 173 mm

Drugi pędzel o nazwie Tapered Blending Brush to pędzelek o miękkim, delikatnym włosiu w kształcie stożka, które umożliwia bardziej precyzyjną aplikację cieni do powiek.

  • doskonały do aplikacji jaśniejszych kolorów cieni na ruchomą część powieki, by stworzyć efekt delikatnego rozmycia
  • delikatne włosie o odpowiednim kształcie ułatwia nakładanie cieni
  • odpowiedni dla wegan
  • całkowita długość w przybliżeniu 179 mm

Oba pędzelki wykonane są w włosia syntetycznego. Dawno nie widziałam tak miękkich i elastycznych pędzli. Cienie przyczepiają się do nich jak by były na magnes. Pięknie rozprowadzają kolor po powiece, blendują i sprawiają, że makijaż wygląda przepięknie. Skuwka bardzo dobrze trzyma włosie w jednym miejscu a trzonek jest miły w dotyku. Świetnie leżą w dłoniach.

Dodatkowo ich wielkim atutem jest wygląd. Wspaniale prezentują się w przyborniku na pędzle - biel do mnie przemawia i sprawia, że chce się ich używać. Są bardzo eleganckie.

Na koniec zostawiłam trzy cienie do powiek



Kolory na jakie się zdecydowałam to:
  • Pixie Sprakle - połyskujący niebieskozielony cień do powiek

  • Golden Lilac - pięknie połyskujący fioletowy cień wpadający w złoto

  • Deep Purple - błyszczący głęboko fioletowy cień 

  • nie zawierają drażniących substancji chemicznych, nanocząsteczek, parabenów, tlenochlorku bizmutu, talku, sztucznych barwinków i konserwantów
  • bezzapachowe
  • naturalna i delikatna formuła
  • niezwykle nasycone i intensywne mineralne pigmenty
  • jedwabiście gładka i kremowa konsystencja
  • mogą być używane przez wegan i wegetarian
Jak widzicie każdy z tych cieni zamknięty jest w słoiczku, który mieści w sobie aż 10 g cieni. To bardzo duża ilość i zastanawiam się na ile lat mi starczy - bo z pewnością nie zużyję ich w kilka miesięcy.

Są bardzo fajnie drobno zmielone - z łatwością nakładają się na pędzel a następnie na oko. Bez bazy mają całkiem mocne odcienie, a z bazą są identyczne jak widać w słoiczku. Pięknie się mienią, w słońcu wyglądają rewelacyjnie.

Trwałość oceniam na bardzo dobrą, od rana do wieczora miałam pięknie pomalowane oczy. Moim faworytem z tej trójki jest Pixie Sparkle - pewnie większości z Was to nie dziwi - uwielbiam zielenie i turkusy więc kolor idealny dla mnie. Wydaje mi się że świetnie zgrywa się z kolorem moich tęczówek.



Jestem kolejny raz bardzo zadowolona z produktów marki Costasy i linii do makijażu Lily Lolo. Produkty są w 100% mineralne, nie ma możliwości żeby zapychały czy uczulały, mają przepiękne kolory, dobrą trwałość i odpowiednią cenę. Dodatkowy atut to możliwość stosowania ich przez wegan czy wegetarian. Myślę, że w znacznym stopniu zwiększa to ilość zadowolonych klientów. 

Używałyście już cieni Lily Lolo? A może macie pędzle, bazę albo inne produkty tej marki? Jesteście  z nich zadowolone? 
Czytaj dalej »

sobota, 9 grudnia 2017

Regenerujący szampon i serum do włosów - REGENERUM


Od dłuższego czasu szukam produktów do włosów, które chociaż w niewielkim stopniu pomogą poprawić ich kondycję. Mam z natury bardzo gęste i grube włosy , które po farbowaniu są zniszczone mniej więcej od połowy ich długości. Kiedy zobaczyłam Regenerum, postanowiłam wypróbować ich skuteczność. 

Produkty tej marki znam i wrócę do Was niedługo z recenzją serum do rzęs które właśnie kończę, posiadam również serum do paznokci z jakiegoś boxa kosmetycznego i z tych produktów jestem bardzo zadowolona. Dlatego też skusiłam się na szampon i serum do włosów. Jak się sprawdziły? O tym za chwilę.


Zacznę może od zapewnień producenta, jakie możemy znaleźć na stronie internetowej:

REGENERUM regeneracyjny szampon do włosów
bardzo zniszczonych i suchych
Silnie wzmacnia, wygładza i odbudowuje włosy, nadaje im połysk, ułatwia rozczesywanie oraz chroni przed czynnikami zewnętrznymi.
  • odżywia skórę głowy i ją nawilża
  • intensywnie wzmacnia i regeneruje włosy
  • chroni oraz naprawia uszkodzenia powstałe na skutek działania czynników zewnętrznych, zabiegów termicznych, chemicznych i mechanicznych
  • ułatwia rozczesywanie oraz układanie włosów
  • pielęgnuje włosy od korzenia aż po samą końcówkę

REGENERUM regeneracyjne serum do włosów

nawet bardzo suchych, słabych lub zniszczonych
Skutecznie odżywia i nawilża włosy, intensywnie je wzmacnia, odbudowuje i chroni przed uszkodzeniami, sprawiając, że stają się miękkie, gładkie i pełne blasku.
  • silnie wzmacnia i regeneruje włosy
  • ułatwia rozczesywanie oraz układanie włosów
  • zapobiega puszeniu się włosów
  • nadaje włosom blask, gładkość i zdrowy wygląd
  • naprawia uszkodzenia powstałe na skutek działania czynników zewnętrznych oraz zabiegów termicznych (np. suszenie, prostowanie), chemicznych (np. trwała koloryzacja) i mechanicznych (np. wiązanie włosów).


Jak widzicie oba kosmetyki zamknięte są w białych tubach w minimalistycznej szacie graficznej. Rozwiązanie to bardzo przykuwa moją uwagę i kojarzy się trochę z aptecznymi produktami do których z natury mam większe zaufanie. Zamknięcia na klik - są zrobione bardzo solidnie - jedną ręką mam problem z ich otwarciem. 

Szampon do włosów ma słomkowy kolor, jest przejrzysty i mam wrażenie że czuć w nim aloes, który znajdziemy w składzie. Konsystencja typowa dla szamponu - żelowa. Zapach jest bardzo delikatny, słabo wyczuwalny i przyjemny. 
Kosmetyk pieni się dobrze, z łatwością rozprowadza się po włosach. Nie mam problemu z wypłukaniem go, a już w trakcie tej czynności czuję jakby moje włosy były czymś delikatnie pokryte, dzięki czemu nie plączą mi się pod palcami.

Serum ma z kolei kolor biały, konsystencja dość gęsta. Mam wrażenie, że otwór w opakowaniu powinien być nieco większy ponieważ trzeba dobrze nacisnąć tubkę aby wydobyć odpowiednią ilość kosmetyku. To, że moje włosy są grube i gęste - muszę nabrać go znacznie więcej jak szamponu w efekcie czego serum skończyło mi się szybciej niż szampon. Rozprowadza się po włosach dość dobrze, bez problemu również można je spłukać.


Zestaw ten stosowałam miesiąc i widzę wyraźną poprawę w kondycji moich włosów. Zdecydowanie są bardziej nawilżone, dzięki czemu lepiej się układają i są błyszczące. Myślę, że po dłuższym stosowaniu efekty będą znacznie większe, dlatego też już kupiłam kolejne opakowania. 

Znacie kosmetyki Regenerum? Stosowaliście może ten zestaw? Jakie są Wasze ulubione produkty do popraw kondycji swoich włosów? 
Czytaj dalej »

piątek, 8 grudnia 2017

Lampka drzewko i sukienka na Święta - ROSEGAL


Ta paczka szła do mnie bardzo długo i w dodatku podzielona była na trzy części. Kiedy zapomniałam już o niej całkowicie, u moich drzwi pojawił się kurier i wręczył mi paczuszkę. Jakie było moje zaskoczenie, że drzewko z Rosegal w końcu dotarło (zdążyłam zamówić je drugi raz). 

Całkiem niedawno urzekły mnie sukienki w stylu lat 50'tych. Groszki i styl Polka tak bardzo mi się spodobały, że zamówiłam już kilka sztuk. Na tą czekałam najbardziej - kojarzy mi się z Myszką Mickey i wyglądam w niej całkiem ciekawie. Muszę przyzwyczaić się do długości - zawsze nosiłam odkryte kolana - teraz wydaje mi się, że w tej wyglądam korzystniej. Zdjęcia mam kiepskie bo robione samowyzwalaczem więc wybaczcie ;)


Mój syn uwielbia IRON Mana więc postanowiłam mu zamówić maskę pod choinkę. Nie do noszenia, a przyozdobienia pokoju. Myślę, że się ucieszy :) Nie mam zdjęć, bo syn choruje i jest w domu - jednak maska nie różni się niczym od zdjęcia ze sklepu. 


Skarpetki z motywem kota, oczywiście syn mi je przechwycił. Nie podoba mi się to, że tracą swój czarny kolor przy nałożeniu na stopę. 


Ostatnia rzecz to moje długo wyczekiwane drzewko. To lampka na baterie, która wygląda przecudownie. Wykonana jest w taki sposób, że wygląda jak prawdziwa brzoza. Jest duże (60 cm) i zasilane trzeba bateriami AA, czyli grubymi paluszkami. Gałęzie możemy wyginać według własnego uznania. Przepięknie prezentuje się w dzień, popołudniu jak i wieczorem. Może służyć również jako dodatek do zdjęć.


Czytaj dalej »

The dead are alive - Makijaż z użyciem paletki od MAKEUP REVOLUTION


Tą paletę widzieliście już w poście na moim blogu, w którym pokazywałam nowości Halloween'owe od Makeup Revolution. Wtedy jednak nie opisywałam Wam jej dokładnie. Dziś jestem już po wielokrotnym jej użyciu i postanowiłam podzielić się z Wami moją opinią na jej temat. 

18 mocno napigmentowanych cieni do powiek w limitowanej edycji palety. Zawiera nadające się do noszenia odcienie od purpurowych do brązowych, nie tylko na Halloween, ale na każdą porę roku. 



Paletka to czarna kasetka ze złotym logiem marki. Wygląda bardzo elegancko i klasycznie - co uwielbiam u Makeup Revolution. Zamykana jest na zatrzask, który trzyma całość mocno - sama się z pewnością nie otworzy - nawet wrzucona luzem w torebkę. W środku oprócz cieni znajdziemy lusterko, które jest na całą szerokość kasetki. Nie powiększa i nie pomniejsza więc dla mnie jest doskonałe. 

Na cieniach położona jest sztywna folia z nazwami odcieni - świetne rozwiązanie dla kogoś kto maluje profesjonalnie i pokazuje to w sieci. 

Jakie nazwy mają odcienie w tej paletce? :

u

- Afterlife - perłowy, biały metaliczny 
- Noise - biały - mieniący się w delikatną zieleń
- Depart - ciemny fiolet wchodzący w brąz - mieniący się
- The Dead - beżowo-szary metaliczny
- Are Alive - brudny jasny fiolet wchodzący w szarość - metaliczny
- Exist - brudny jasny fiolet - metaliczny
- Fall - delikatna lawenda mocno błyszcząca
- Bury - idealna nazwa koloru - taki bury - szary metaliczny
- Gone - matowy brąz
- Freak - matowa czerń
- Grave - brokatowy brąz
- Wail - brudny ciemny matowy brąz
- Destruct - ciemny fiolet z odrobiną złota - mat pomieszany z brokatem
- Immortal - granatowy metaliczny
- Exit - Jasny brąz z brokatem - prawie miedziany
- Haunt - ciemny brąz w macie




Każdy z tych cieni ma dość mocną pigmentację. Wystarczy delikatnie przejechać palcem, a kolor z palety w jednej chwili przenosi się na niego bez utraty intensywności.

Całkowitą nowością w takiej palecie jest dla mnie połączenie odcieni matowych z brokatem. To tak jakby ktoś do matowego cienia nasypał kilka błyszczących się drobinek. Na oku wygląda to rewelacyjnie. 

Cienie, które są brokatowe troszkę się osypują przy aplikacji pędzlem, dlatego też te kolory zaczęłam nakładać palcami, albo pędzlem - jednak bardziej wciskając je w oko, a nie ruchem posuwistym. Jeśli pod spodem nałożoną mam bazę - cienie trzymają się cały dzień. Jeśli nie - trochę krócej, jednak nie jest to ich wadą - bo czas nie jest mocno skrócony - a dla osób, które makijaż wykonują amatorsko i na sobie - jak ja - w zupełności wystarczy. Wspomnę jeszcze o ważnej kwestii - mianowicie cienie ani razu nie zbiły mi się w jedno miejsce, nie osiadły w załamaniach powiek - wszystko zostaje na swoim miejscu. 

Do mojego makijażu użyłam odcieni Afterlife, Exist i Destruct. Dodałam jeszcze trochę kredki do oczu również tej marki o której za chwilę trochę opowiem, oraz rozświetlacza w serduszku I Heart Makeup i pomady do brwi Freedom Makeup.


Zanim dojdziemy do końca - jeszcze kilka słów na temat PRO HD SMOKY WATERPROOF EYELINER.

Eyeliner w kredce. Umożliwi podkreślenie zarówno górnej, jak i dolnej powieki. Posiada innowacyjną, wodoodporną formułę, która sprawia, że produkt utrzyma się na skórze przez wiele godzin, bez rozmazywania i pozostawiania smug. Produkt jest niezbędnym elementem w każdej damskiej kosmetyczce. Dostępny w odcieniu intensywnej czerni.
  • Eyeliner w kredce.
  • Wodoodporny.
  • Zapewnia precyzyjną aplikację.
  • Jest niezastąpionym elementem w każdym rodzaju makijażu.

Bardzo podoba mi się to, że kredka - eyeliner jest miękka. Ułatwia to znacznie malowanie moich wiotkich powiek czy linii wodnej moich oczu. Do tej pory do powiek używałam wyłączenie eyelinerów w pędzelku lub pisaku - kredką nigdy nie dawałam rady zrobić tego typu kresek. 

Od kiedy posiadam tą kredkę - nie rozstaję się z nią. Nie rozmazuje się, pięknie trzyma się na oku aż do wieczornego demakijażu. Dodatkowy atut to cena: 14,90 zł za takie cudo to na prawdę niska kwota. 

Pozostaje mi pokazać Wam efekt końcowy - od razu mówię, że nie maluję się mocno - lubię podkreślać oczy jednak wieczorowych makijaży jeszcze nie robiłam.  jestem amatorem - maluję się dla siebie - jednak chciałam pokazać Wam jak fajnie wyglądają na oczach.






Znacie tą paletkę cieni? Czy używacie kolorówki od Makeup Revolution? Co o niej sądzicie? 
Czytaj dalej »
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...